a to niespodzianka! - NIE MA TUNELU! - zupełnie jakbyśmy otworzyli drzwi i weszli prosto do pokoju, izby, komnaty czy innego pomieszczenia, nie przechodząc wcześniej przez żaden korytarz, sień, ganek czy przedsionek – BUM TRACH i już jesteśmy w BIAŁYM LOCHU – zwracam uwagę na liczbę pojedynczą: w lochu a nie w lochach – to istotne, albowiem znajdujemy się w jednej ogromnej przestrzeni niepodzielonej i nieposiadającej żadnych zachyłków, nisz, wgłębień, odnóg, odrącz, zakamarków i tym podobnych – po prostu jednolita, ogromna przestrzeń – nie wiadomo też, czy słowo ogromna jest tu właściwe – z pewnością mała ta przestrzeń nie jest, ale czy ogromna? - nikomu jak dotąd nie udało się określić jak wielka ona jest – jedni twierdzą, że wcale nie taka znowu ogromna i że całkiem łatwo i bez większego wysiłku można ją przemierzyć z jednego krańca na drugi, co ciekawe jednak, nie podają żadnych informacji odnośnie tych krańców: gdzie ich szukać, jaki mają kształt, czy są ścianą, czy też może urwiskiem, a może zwykłym szlabanem; nie podają też ani ile czasu im zajęło dotarcie na te krańce, ani jaką pokonali odległość, czy bardzo się zmęczyli, czy się tam doczołgali, czy też może dojechali na rowerze, tak jakby w wyrażeniu całkiem łatwo zawierały się wszystkie te informacje i co więcej, były dla wszystkich czytelne, wyraźne, niewieloznaczne, nie wymagały dodatkowych uściśleń, konsultacji, interpretacji – drudzy zaś twierdzą, że ta przestrzeń jest nie do ogarnięcia, mając na myśli przede wszystkim to, że oni jej nie mogą ogarnąć, że wymyka im się spod kontroli, że gubią się w niej, że idą idą idą i nic, ciągle nic, nic a nic, końca nie widać, krańca nie widać, niczego nie widać, zatrzymują się bezradni, opadają z sił, mając jednakże wrażenie, że kręcą się w miejscu, że w ogóle się z niego nie ruszyli, że się nie przemieścili, nie posunęli się o krok, skąd zatem to zmęczenie? to zrezygnowanie? to poczucie klęski? - a między tymi skrajnymi ocenami są oceny pośrednie i mieszane, całe ich mnóstwo, chociaż słowo mnóstwo stwarza takie same problemy jak określenie ogromna, na tyle ich jednak dużo, że przytaczanie ich nie miałoby sensu – gdyby jednak je przytoczyć i gdyby ktoś miał na tyle cierpliwości, by się z nimi zapoznać, i gdyby do końca zachował wystarczającą bystrość umysłu, a zdolność do zestawiania rzeczy pozornie niezestawialnych, czyli do syntetyzowania, nie zostałaby przytłumiona nadmiarem nieistotnych szczegółów, wówczas mógłby zwrócić uwagę na dwa spostrzeżenia występujące w każdej relacji, na dwa wątki zawsze obecne, z których jeden jest wyraźny i łatwy do prześledzenia, a drugi niewyraźny, wątły, kruchy, jak przetarta, tu i ówdzie przerwana, nić – ten pierwszy dotyczy braku wzniesień i dolin, a w zasadzie braku jakichkolwiek nierówności; nikt nie wspomina o wspinaniu się lub o ześlizgiwaniu się, nikt też nie potyka się, a jeśli mu się nogi plączą to powody takiego stanu są zupełnie inne niż wyboje bądź grudy jakie ten ktoś mógłby spotkać na swojej drodze; nie natrafilibyśmy jednak w tych relacjach na stwierdzenia wprost odnoszące się do płaskości, nikt nie wspomina o gładkiej, lub nawet idealnie gładkiej powierzchni, może nawet aż tak gładkiej, że śliskiej, na co mogłyby wskazywać przypadki poślizgnięcia się porównywane do tych jakie niekiedy mają miejsce na wyfroterowanym parkiecie – ten drugi dotyczy prostokątności, lecz o ile płaskość, równość, gładkość są przywoływane wręcz wprost i bez ogródek, o tyle prostokątność jest ledwie sugerowana, majaczy gdzieś w tle, wynika pośrednio ze stwierdzeń o prostolinijności krańców, jak również z bardzo rzadkich przypuszczeń, iż kraniec, do którego ktoś rzekomo dotarł stwarzał wrażenie jakby prostokątnego narożnika – w zasadzie jest jeszcze trzeci wątek, tak nikły, że trudno go za wątek uważać, niemniej jednak te jakże sporadyczne i nieprecyzyjne uwagi są na tyle niepokojące, że chyba nie należałoby ich lekceważyć, aczkolwiek pozornie nic w nich niezwykłego nie ma, cóż bowiem niezwykłego i frapującego może być w spostrzeżeniu, że gładkość powierzchni nie jest idealna, że coś tę gładkość czasami zakłóca, lecz co? cóż może być bardziej zwykłego i oczywistego niż niemożność osiągnięcia stanu idealnego? - i jeszcze jedna sprawa: brak wątku objętości, to znaczy nikt nigdy nie wspomina o wysokości, o suficie, o sklepieniu, o czymkolwiek co znajdowałoby się nad głową, tak jakby to pomieszczenie miało nieskończoną objętość, czyli jakby nie miało jej wcale, przynajmniej w sensie objętości wyczuwalnej, w sensie kubatury, która mogłaby wywoływać wrażenie duszenia się - - - a zatem słowo loch użyte w nazwie jest zupełnie nieadekwatne w stosunku do tego co nazywa, dlaczego więc zostało użyte? wszak miejsce to zdaje się być zaprzeczeniem lochu, jego odwrotnością, nikogo tu nie można zamknąć, uwięzić, przetrzymywać, chociaż nieobecność granic może wywoływać lekki niepokój – z całą pewnością nie użyto tego słowa z powodu tak błahego jak ten, że czytane od tyłu brzmi jak określenie przedpokoju, sieni, korytarza, poczekalni – niepokoi ten lekki niepokój; czyż to niefrasobliwe określenie nie zasłania sobą strasznego przerażenia jakie budzi w nas owa nieograniczoność równie przytłaczająca jak ciasnota ciemnej nory o wilgotnych ścianach? - może jednak to jest loch idealny: jak bowiem uciec z miejsca, w którym brak kierunków i stron? zatem lepiej tam nie wchodzić, lepiej cofnąć się, póki jeszcze nie przekroczyliśmy progu, a pod ręką czujemy jakże swojską i przyjazną materialność drzwi <<<