ZDROWIE

W zasadzie jestem zdrowy. Dolega mi doprawdy niewiele. Trochę kręgosłup (korzonki). Trochę głowa (kiedy dopada mnie migrena). Czasami się przeziębię. No i zęby. O ile z kręgosłupem i głową można jeszcze jakoś negocjować, o tyle z zębami już nie. Są kompletnie głuche na wszelkie perswazje. Różne pasty, płukanki, modły, zaklinania, medytacje i samouzdrawianie nie robią na nich żadnego wrażenia. Nie doszły też do mnie żadne słuchy o cudownym wyrośnięciu nowych zębów w miejscu utraconych. Pozostają tylko kleszcze, wiertarka i porcelanowe koronki... Niemniej jednak specjalnie narzekać nie mogę. Trzymam się dobrze. Zapewne do czasu. Oczywiście, może się tak zdarzyć, że będę się dobrze trzymał do samego końca. Niestety, nawet od krystalicznie czystej i odpowiednio nasyconej mikroelementami wody można dostać niewydolności nerek, jeśli się tę wodę pije dostatecznie długo. Zatem najwyższy czas rozwiązać sprawę ochrony zdrowia. Ochrony zdrowia czy zwalczania chorób?
Powiadają, że za siedmioma tysiącami płotów i siedmioma tysiącami miedz było takie państwo, w którym pacjenci płacili swoim lekarzom wtedy, kiedy byli zdrowi, a przestawali im płacić, kiedy dopadało ich jakieś wredne choróbsko. W związku z tym lekarze stawali na głowie, żeby swoich pacjentów wyleczyć jak najszybciej, wtedy bowiem znowu dostawali pensje. Ponieważ jednak państwo to znajdowało się bardzo bardzo daleko (liczba siedem tysięcy jest wielkością wielce umowną), informacje jakie stamtąd docierały zapewne po drodze łatwo ulegały zniekształceniu, albo po prostu gubiły się. Nie wiadomo więc jak taki system działał w przypadku ludzi przewlekle chorych oraz jaka była liczba symulantów – trudno założyć, że w państwie tym żyli wyłącznie obywatele o nieposzlakowanej uczciwości. Trzeba jednak stwierdzić, nawet przy braku dokładniejszych danych, że taki system opieki zdrowotnej jawi się jako niezwykle interesujący, może nawet przewrotny i absurdalny, aczkolwiek ludzie zamieszkujący to państwo nie chodzą do góry nogami, a jedynie wstają w środku nocy. Nie wiadomo też czy taki system dalej znajduje uznanie w tym państwie, o którym wiadomo, że istnieje nadal, a więc jego obywatele bynajmniej nie wymarli.
Dobrze byłoby dowiedzieć się, co tamtejsi lekarze robili, by ich pacjenci nie chorowali i jak najdłużej cieszyli się dobrym zdrowiem. Czy kazali im codziennie wykonywać specjalnie dla nich opracowany zestaw ćwiczeń cielesnych? Czy zmuszali ich do przestrzegania skomplikowanej diety? Czy zabraniali im jakichkolwiek kontaktów z czymkolwiek i z kimkolwiek celem wyeliminowania możliwości zarażenia się rozmaitymi chorobami? To mało prawdopodobne – jak wiadomo zapobieganie chorobie bywa dużo bardziej uciążliwe niż sama choroba. Co więcej, stres spowodowany nadmierną troską o własne zdrowie może łatwo doprowadzić do utraty tego zdrowia. Z drugiej strony całkowita bezczynność i beztroskie czekanie też niczego dobrego nie wróżą. Co zatem robić?
Prześladować choroby. Tropić je bez wytchnienia. Wybić do nogi. Wytłuc. Wypalić. Choroby i wszystko to, co te choroby powoduje, bo bez tego co te choroby powoduje, nie byłoby tych chorób. Strategia prosta, jasna, logiczna. Skuteczna. Nie pozostawiająca złudzeń... Niemniej jednak budząca wątpliwości. O ile bowiem w przypadku chorób, które moglibyśmy określić z grubsza mianem „zewnętrznych”, czyli powodowanych przez czynniki zewnętrzne, będących wynikiem inwazji, ataku, wstrętnej intrygi, podstępnej pułapki, zastosowanie taktyki spalonej ziemi wydawałoby się do pewnego stopnia sensowne, o tyle w przypadku chorób, które moglibyśmy z grubsza określić mianem „wewnętrznych”, czyli spowodowanych przez awarię, lub zwykłe zużycie się, któregoś z narządów, taka taktyka wydaje się całkowicie bezsensowna. Cóż by ona bowiem znaczyła: że mam wyrwać wszystkie zęby i wstawić gustowne protezy? One też z czasem zetrą się i pożółkną, popękają, pokruszą się. Czy mam kazać wypreparować wszystkie kości i zastąpić je tytanowym szkieletem, którego nie dotknie zjawisko rzeszotowienia, ba! w ogóle nie będzie się łamać, no chyba że spadnie na mnie fortepian wyrzucony na ulicę z piątego piętra, ale póki co w Liberlandii nie ma ani ulicy, ani piątego piętra, ani fortepianu – jest tylko duże, stare pianino, na parterze. Czy mam wypatroszyć się całkowicie, by uniknąć wrzodów żołądka i raka trzustki? Czy mam zedrzeć z siebie skórę i zastąpić ją plastikową powłoką odporną na niszczące działanie deszczu, wiatru i słońca?
Jeśli strategia spalonej ziemi okazałaby się zbyt radykalna, a jej skutki uboczne jeszcze groźniejsze niż szkody jakie mógłby wyrządzić domniemany przeciwnik, wówczas należałoby zastanowić się nad strategią groźby i perswazji, a nawet negocjacji. O ile jednak mogę wyobrazić sobie negocjacje prowadzone z grzybem, który z uporem maniakalnego recydywisty wdziera się bezprawnie raz w roku na teren pomiędzy małymi palcami mojej lewej stopy i próbować wyjaśnić mu, że ten teren ma już swojego właściciela, o tyle zupełnie nie mogę wyobrazić sobie negocjacji z wypadającymi włosami (chociaż nie jest to choroba, a jedynie zwykłe zużycie organizmu) – jakich argumentów miałbym użyć: że to niczym nieuzasadniona próba oderwania się od macierzy? jakieś zanadto wybujałe marzenia o wolności? chorobliwa mania podróżowania, której nie zaspokoi podróżowanie wspólne? że to samodzielność uzurpowana? Albo jak namówić złamaną rękę, żeby się zrosła? Nie, nie mam złamanej ręki i nie muszę jej do niczego namawiać, bo wydaje się dosyć posłuszna i zdyscyplinowana, chociaż ostatnio trochę protestowała, a swą niechęć do współpracy objawiła pod postacią zespołu cieśni nadgarstkowej.
Aha, zapomniałem napisać, że nęka mnie także uczulenie. Na słońce. Od wiosny do końca lata. Ledwie wystawię na jego działanie kawałek skóry, a już na drugi dzień pokrywa się ona swędzącymi nieznośnie krostami. Czyli zgodnie z założeniami strategii spalonej ziemi obowiązującej w przypadku walki z chorobami „zewnętrznymi” musiałbym zgasić słońce. Trudno nie zauważyć, że byłoby to dosyć radykalne posunięcie, a jego skutki miałyby niewyobrażalnie daleko idące konsekwencje. Nie podążajmy jednak tropem owych konsekwencji, lecz zastanówmy się nad uczuleniami. To ciekawe choroby. „Zewnętrzno-wewnętrzne”. Istnienie takich „zewnętrzno-wewnętrznych” chorób wskazywałoby na spore kłopoty z klasyfikacją chorób w ogóle. Jak zwykle zaś przyczyną takich kłopotów jest niejasna definicja zjawiska zwanego chorobą. A w związku z tym i ustalenie, kiedy już jesteśmy chorzy, a kiedy jeszcze nie, kiedy choroba się zaczyna, a kiedy kończy. Jak zwykle też sprawę komplikuje fakt, że stan, który dla jednych już jest chorobą, dla drugich jeszcze nią nie jest. Jeśli do zdefiniowania choroby posłużylibyśmy się pojęciem zdrowia i określili chorobę jako brak zdrowia, albo niezdrowie, to wówczas musielibyśmy wiedzieć co to jest zdrowie. Obawiam się jednak, że definicja zdrowia też jest dosyć mglista i z chęcią posłużyłaby się pojęciem choroby. Stwierdzenie, że zdrowie to stan braku chorób, w niczym nam nie pomoże, skoro nie wiemy co to takiego choroba. Moglibyśmy zastosować reguły rozwiązywania równań z dwoma niewiadomymi i niewiadomą choroba nastąpić niewiadomą niezdrowie. Wówczas zamiast zdrowie = niechoroba otrzymalibyśmy co następuje: zdrowie = nieniezdrowie. Teraz podzielimy obie strony równania przez zdrowie i otrzymamy: = nienie. Co bynajmniej nie jest wynikiem zadowalającym.
Ogólnie rzecz biorąc strasznie to wszystko skomplikowane. Gdyby jednak miało w Liberlandii powstawać jakieś ministerstwo, to raczej skłaniałbym się do Ministerstwo Chorób. Zdrowie należy zostawić w spokoju, bo wtedy ono ma się najlepiej. To bardzo skomplikowany i subtelny mechanizm i lepiej go nie regulować, bo łatwo można go wtedy popsuć. Choroba (czyli niezdrowie) to też bardzo skomplikowany i subtelny mechanizm i też bardzo łatwo go popsuć, a o to przecież chodzi. Wszak minus z minusem daje plus.

Czyli chodziłoby na przykład o to, żeby raka wpędzić w głęboką depresję. Albo go zarazić jakimś tyfusem. Chory rak to nierak. To nieborak. Raczej piekłorak...

Czy to co piszę nie jest aby jakieś chore? Chyba tak. Więc może lepiej skasować tę stronę...


<<<