WOLNOŚĆ

Ach, wolność!
Ech, wolność!
Jakże wspaniale wzdycha się do wolności. Jakże wspaniale rozmawia się o wolności. Marzy się o wolności. Zabiega o wolność. Walczy o wolność. Przynosi się wolność. Broni się wolności.
Wolność – wartość nad wartościami.
Cudna jest teoria wolności. Zniewalająca. Zapierająca dech w piersiach. Te niekończące się rozmowy, te poematy, te pieśni...
Paskudna jest praktyka wolności. Bowiem wolny człowiek to ten, który może sobie wybrać niewolę, a jeszcze wolniejszy jest ten, który pozostaje w tym zniewoleniu, w którym został zrodzony.
A jeśli ludzie nie mogą być wolni, to może książki mogą?
Czyż to nie zadziwiające, że w języku łacińskim słowo liber znaczy zarówno książka jak i wolny? Jeszcze bardziej zadziwiające jest to, że w innych językach taka zbieżność nie występuje. Co prawda można by się upierać, że wolne książki czyta się wolno, a „free books not always are for free”, ale są to zbieżności zupełnie innego rodzaju, innej wagi. Da się z tego wyciągnąć, jak zwykle, dwa skrajne wnioski: albo że to czysty przypadek, albo że łacina jest językiem absolutnie wyjątkowym, niezwykłym, natchnionym, świętym. Jak zwykle też to, co określamy bardzo mglistym, niejasnym słowem prawda leży pośrodku, albo nawet zupełnie gdzie indziej, poza, na innej linii łączącej inne ekstrema. Nie ma języków świętych, jak też nie występują w nich absolutnie przypadkowe zbieżności. Bardzo interesujące i zadziwiające jest też to, że chociaż książka ma ogromne zasługi w walce o wolność słowa, a tym samym o wolność człowieka, sama tkwi w niewoli niezliczonych reguł i konwencji: a to poetyka czegoś wymaga, chce i zabrania, a to składnia, a to interpunkcja, a to typografia, a to drukarnia, a to krytyka, a to wydawca, a to introligatornia, a to reguły kompozycji... Sytuacja książki przypomina trochę sytuację architektury oplątanej gąszczem przepisów budowlanych, wymogów funkcjonalnych, konstrukcyjnych, technologicznych i materiałowych, stylów, ideologii, upodobań...
Kiedy niemal trzydzieści lat temu odkryłem (jak zwykle przez przypadek, którym był brak papieru i konieczność pisania na maszynie po obu stronach kartki), że mogę robić książkę sam, wartość tego odkrycia polegała na tym, że stanąłem przed szansą twórczego wykorzystania wszystkich etapów powstawania książki – teraz pisanie książki kończyło się dopiero wtedy, kiedy gotowy egzemplarz stał na półce i był to taki egzemplarz, którego wszystkie części składowe miały jakąś wartość semantyczną świadomie przeze mnie im nadaną, brały mniejszy lub większy udział w opowiadaniu historii w tej książce przedstawionej. Energię, siły i czas zaoszczędzone na bezowocne przekonywanie redaktorów i wydawców zapłotnych, że wielokropek może mieć różne ilości kropek w zależności od tego jakiej długości zawieszenie chciałbym osiągnąć, lub że strony muszą się otwierać tak jak otwiera się okno, albo że powinny być z pewnych oczywistych dla mnie i dla książki względów trójkątne lub trapezowe, mogłem zainwestować w uwalnianie książki od krępujących ją mentalnych stereotypów ..... niech więc będą książki dowolnych, najdzikszych nawet kształtów, niech się otwierają na wszelkie możliwe sposoby, niech się rozkładają we wszystkie strony, niech litery płyną, skaczą, lecą, idą, toczą się i czołgają, niech strony mienią się kolorami rozkwitających na wiosnę łąk, niech zdania plączą się niczym winorośl, niech książka będzie jak świat, niech książka będzie światem ......
Lecz nawet gdybym naiwnie przyjął, że taka książka, absolutnie w całości wychodząca z jednego umysłu, jest książką wolną, albowiem została ukształtowana całkowicie bezkompromisowo (kompromisy technologiczno-materiałowe pomijam dla ułatwienia i większego efektu tego końcowego zdania) pozostaje jeszcze wielce istotne i niewygodne pytanie: jak te moje wolne książki uwolnić ode mnie?


<<<