WOJNA

Nie ma wojny.
Nie będzie wojny.
Nie prowadzę wojny.
Nie planuję wojny.
Nie marzę o wojnie.
Nie wspominam wojny, bo nie ma czego wspominać. Żadnej wojny nie było. Żadnych sojuszy. Żadnych wrogów. Żadnych sprzymierzeńców.
Nie było wojen – nie ma historii. Historia Liberlandii nie jest wojnami pisana, więc to żadna historia. No i dobrze. Niech Liberlandia nie ma historii. Niech się z niej śmieją państwa zapłotne. Do rozpuku. Wszak śmiech to zdrowie. Zatem rozpuk to też zdrowie. I jakże tu umierać ze śmiechu, skoro śmiech to zdrowie? Zatem może śmierć to też zdrowie...
Nie ma kultu wojny.
Nie ma pochwały wojny.
Nie ma czci dla wojny.
Jest tylko pogarda dla wojny.
Tak – straszne miejsce i straszne czasy dla bohaterów, dla herosów, dla bojowników. Nikt się nimi tutaj nie interesuje. Nikt ich tutaj nie ceni. Nikt o nich nie pisze eposów. Nikt ich tutaj nie potrzebuje. Tu – w Liberlandii.
I armii też nie ma. Nikogo nie szkoli się, by był maszyną do zabijania, robotem wyposażonym w prawdziwą inteligencję, pozbawionym sumienia, obdarzonym błogosławieństwem. Nie ma nawet ministerstwa obrony. Nie tylko dlatego, że nie ma żadnych ministerstw. Bo gdyby było, to byłoby to ministerstwo ataku. Już kiedyś, gdzieś o tym pisałem, nie będę się powtarzał, chociaż powinienem, bo przecież tamtego tekstu chyba nikt nie czytał. Przecież, jak to mawiają w krajach zapłotnych, trzeba rzeczy nazywać po imieniu.
Książki nie prowadzą ze sobą wojen. Szydzą z siebie, ale się nie podpalają, nie rozrywają na strzępy. W każdej książce armia słów. Każde słowo niczym bezbronny żołnierz. Bezsilna armia bezbronnych żołnierzy. Choć powiadają, że słowa mogą ranić, nawet zabić – jeśli tak, to gołymi rękami.
Bezbronność. Fatalna strategia. Wręcz samobójcza. Lecz jakże piękna. Może najpiękniejsza...

Za oknem najczarniejsza noc. W ogrodzie szaleje wiatr. Nad głową huczy blaszany dach raz po raz wstrząsany gwałtownymi podmuchami.
Czyżby wojna?

<<<