WŁASNOŚĆ

Ojojoj. Nie będzie lekko. No ale cóż – trzeba. Trzeba wreszcie zmierzyć się z tym problemem. Nawet gdyby to miał być tylko wstęp. Pierwszy ruch. Uchylenie drzwi...
Do tej pory wszystko było o państwie, a nic nie było o moim.
Co to znaczy, że to państwo jest moje? Co to znaczy, że coś jest moje?
Moja ręka. Moje palce. Moja głowa... Tak, to jeszcze jakoś wydaje się oczywiste. Tak oczywiste, że nie wymagające żadnego tłumaczenia. Niczym aksjomaty. Po prostu tak jest i tyle. Trudno sobie wyobrazić, żeby moja ręka była czyjaś. Żebym mógł sprzedać moją ręką i żeby moja ręka nie należała do mnie, przestała być moja, a stała się czyjaś i robiła to, co ktoś inny jej każe, a nie to, co ja jej każę i że ja już nie biorę za jej poczynania żadnej odpowiedzialności. Ja jej nawet nic nie muszę kazać. Ona po prostu wie, co ma robić, bo może jest też tak, że to ja jestem jej i ona, spotykając się z inną ręką mówi do tamtej w ich rękowym, lub ręcznym, języku: to jest mój człowiek... A tamta nic nie powie, tylko lekko się skrzywi dając do zrozumienia, że nie ma się czym chwalić, że może nawet odrobinę współczuje, jednak nie przesadza z tym współczuciem, bo przecież sama też nie jest w lepszej sytuacji...
Moje myśli w mojej głowie... O ileż trudniej teraz. Bo te, które zrodziły się w mojej głowie, które nigdzie poza tą głową nie były, jeszcze mógłbym uznać za moje bez większego wahania. A co z tymi, które do mojej głowy dostały się nie wiadomo skąd? Myślę o tych myślach, że są moje, bo w mojej głowie siedzą, a one przecież nie są moje. Nie wiadomo czyje są. Może nawet niczyje. Już się uwolniły i tak latają po wszechświecie i czasami wpadają do czyjejś głowy i udają, że są z tej głowy właśnie, a przecież nie są.
Podobnie ze słowami. I ze zdaniami. Równie dziwnie. Dziwacznie. Jakoś tak niesamowicie. Aż się robi nieswojo gdy się o tym pomyśli. Bo przecież te słowa nie są moje. Żadne ze słów dotąd tu użytych nie jest moje, jako że żadnego z nich nie stworzyłem, zakładając, że stworzenie słowa wystarczy, żeby powiedzieć o nim „moje” - przecież fonemy i grafemy z jakich by się składało też nie są moje, bo ich nie stworzyłem, musiałbym więc stworzyć także te fonemy i grafemy. Zapewne nie byłoby to takie trudne, lecz gdybym używał tylko moich fonemów i moich grafemów, gdybym mówił tylko moimi słowami, tylko moim własnym językiem i tylko moje myśli wyrażał, to nikt by mnie nie rozumiał. Więc używam naszych słów. Czasami waszych. Niekiedy ich. Jeśli naszych – to także moich. Częściowo moich. A jeśli waszych, to już wcale nie moich – albo tylko odrobinkę moich... I z tych nie moich słów, lub tylko trochę moich, układam zdania i te zdania są już moje. Całkowicie moje. A jeśli tak się zdarzy, że ktoś inny, z tych samych słów, które nie są także jego, ułoży takie samo zdanie jak ja, to wtedy to zdanie będzie jego... Niesłychane. Niewidziane... I będziemy się z tego śmiać, albo będziemy sobie z tego powodu skakać do oczu i gardeł. Oczywiście nie dlatego, że użyliśmy tych samych fonemów i grafemów, lecz dlatego, że utworzyliśmy z nich taki sam ciąg, lub tylko bardzo podobny... Niepojęte.
Napisać o tym, że to niepojęte to chyba przesada. Jakiego bowiem słowa musiałbym użyć rozważając sprawę moich drzew, moich traw, moich kwiatów, moich liści? Nie wiem nawet czy moje myśli wiedzą, że są moje – nie wiem, co one sobie o tym wszystkim myślą. Tym bardziej nie wiem, co wiedzą o tym moje drzewa. Czy one wiedzą o tym, że są moje? Lecz, żeby sprawę skomplikować ponad wszelka miarę, wystarczy pomyśleć, że one, te drzewa, są także tych mrówek, dzięciołów, sikorek, paszkotów, szczygłów i bażantów. I tej wiewiórki z krótkim ogonem najwyraźniej obciętym w okolicznościach, które na zawsze pozostaną dla mnie niejasne – ten krótki ogon uczynił z niej moją wiewiórkę, choć oczywiście znacznie bardziej czyni ją moją to, że skacze po moich drzewach i kradnie moje orzechy. Czy jednak moja wiewiórka może kraść moje orzechy z mojego drzewa orzechowego i przenosić je na moją lipę? Czy jedna moja książka może coś ukraść z drugiej mojej książki?
Może jednak być też tak, że to ja jestem jej. Może przecież być tak, że to ona założyła tu swoje państwo i ogłosiła niepodległość i teraz ten orzech, dąb i lipa są jej, jak również wszystkie orzechy i żołędzie są jej i może z nimi robić co chce, a przede wszystkim może je zbierać i przenosić z miejsca na miejsce, ot choćby po to, żeby ten dziwoląg trochę podobny do drzewa, jakże dziwnego drzewa które raz jest tu a raz tam, zdumiewał się i przerażał, że oto pod lipą tyle skorupek; nie dziwiłby się znajdując ogryzki gruszek pod wierzbą, chociaż nie ma tu ani wierzb ani grusz, ale skorupy orzechów pod lipą? Toż to niesłychane. Niewidziane... Może też być tak, że to my, ona i ja, jesteśmy tej lipy. Albo tego dębu, który przewyższa wszystkie inne drzewa i zdaje się najpotężniejszą istotą tutaj. Czyż to jednak nie zasługiwałoby na pobłażliwy uśmiech lub wręcz głośne parsknięcie, niepohamowany wybuch wesołości, gdyby on wyszumiał do rozświergotanego pierzastego pospólstwa: moje ptaki, moje powietrze, moje motyle... Zdumiałyby się ptaki i pospadały z tego zdumienia na ziemię, od zawsze przecież wiadomo, że ten wyniosły dąb jest ich... Czyli czyj: śmigłych, leciuteńkich sikorek czy niezdarnych bażantów?
Bażantów nie. Bażantów są niemiłosiernie splatane zarośla dzikich róż i niskopiennych, prawie płożących się, upadających jabłoni. Bo bażanty są moje. Chociaż ich nie rozróżniam. Nie panuję nad nimi. Nic o nich nie wiem. Nie wiem nawet ile ich jest. Raz pięć. Raz osiem. Jedzą moje jabłka. Jedzą moje winogrona. Czasami nawet siadają na parapecie okna. Mojego okna. Czasami z szaleńczym trzepotem wybuchają obok tej lub innej ścieżki, prawie pod nogami, powodując równie szaleńczy trzepot serca i myśli... A kury nie są moje. Rozgrzebują moja ziemię, wyjadają moje robaki, ale nie są moje. Też nad nimi nie panuję. Też nic o nich nie wiem. Nawet ile ich jest... To nieprawda, przecież wiem, że są czyjeś. Czy to jest wystarczająca definicja pojęcia „nie moje”?
Noc zapada nad moim państwem. Nad ich państwami, które są w moim państwie, pod nim i nad nim, w poprzek i na wskroś. Noc zapada nad moją głową. I w niej też. Jak dobrze... Teraz tylko moje sny w mojej głowie.
Znowu mi się przyśni nie to, co trzeba. A nawet jeśli przyśni mi się iluminacja, to obudzę się i znowu nie będę wiedział co to znaczy, że coś jest moje.

Ani chwili wytchnienia.


<<<