WIELOKULTUROWOŚĆ

Przez kilka dni przenosiłem książki. Z dołu na górę. Na poddasze. Bo tam będzie biblioteka – i czytelnia: tylko książki, bujany fotel i piękny widok przez okno. Właściwie już jest, choć jeszcze nie cała, bo nie wszędzie dach ocieplony (ach, mógłbym zostawić gdzieś kawałek gołej blachy, takie okienko do słuchania łomoczącego deszczu). Przeniosłem chyba połowę. Na szczęście to tylko jeden bieg schodów, jakieś dziesięć stopni. To dziwne: sam robiłem te schody, a nie wiem ile jest stopni, przecież gdybym ich nie wyliczył, to bym ich nie zrobił – wiem tylko, że czwarty stopień strasznie skrzypi i nic tego skrzypienia nie może uciszyć. Książek nie liczyłem. Chociaż powinienem – ktoś powie, że przecież nie można zrobić regałów, nie wiedząc ile książek ma się na nich zmieścić. I to jest jak najbardziej błędne mniemanie, albowiem książek i tak zawsze będzie więcej niż miejsca na regałach... Ot, jedna z tych głupich robót bez końca. Na dodatek nagrodzona kolejnym potwierdzeniem, że chociaż tak wiele z tych książek przeczytałem, to jeszcze więcej nie przeczytałem i bez wątpienia nigdy nie przeczytam – mógłbym oczywiście wprowadzić regułę, że do biblioteki trafiają tylko przeczytane książki i że nie kupuję następnej, dopóki nie skończę czytać tej, którą kupiłem ostatnio, ale jej nie wprowadzę, ponieważ jest ona po prostu bez sensu, tym bardziej, że wymagałoby usunięcia tych kupionych znacznie wcześniej, przed laty, i dotąd nieprzeczytanych.

Przenoszenie książek nie jest czynnością mechaniczną i bezmyślną, albowiem jest połączone z układaniem ich na półkach, a układanie tylu książek to nie lada wyzwanie dla kombinatorycznych zdolności umysłu. Kryterium wielkości jest jednym z najmniej istotnych, chociaż niekiedy też musi być uwzględniane – jak wiadomo na poddaszu występują skosy, a te generują martwe miejsce. Im mniej takich martwych przestrzeni, tym lepiej. Jednak zdecydowanie najważniejszym kryterium jest znajdowalność – chodzi o to, by tak ułożyć książki, żeby potem łatwo znaleźć tę, która akurat jest potrzebna. Układ alfabetyczny, wbrew pozorom, wcale nie jest najlepszy, albowiem nie zawsze pamiętam nazwiska autorów i tytuły, należy go zatem pomieszać z układem tematycznym lub językowym lub jeszcze jakimś innym... Jeśli dodamy do tego wyjątkowe upały i duchotę panujące akurat w tych dniach, trudno się nie dziwić, że ledwie piszę te zdania i najchętniej poszedłbym spać, bo wszystko mnie boli, a najbardziej chyba ta część umysłu odpowiedzialna za układanie puzzli – czyż układanie książek na półkach biblioteki nie przypomina właśnie tej rozkosznej, niewinnej gry, tyle że elementów mamy kilka tysięcy, o ileż większych i cięższych, i nie wiemy co mamy z nich ułożyć?

Zapewne niejeden obywatel państwa zapłotnego zdziwi się: po co się tak męczyć? Po co komu kilka tysięcy różnych książek, skoro można mieć tylko kilka książek, albo nie mieć ich wcale – też się przecież da żyć. I to jak! Inni zaś będą usilnie przekonywać, żeby te tysiące książek zastąpić jedną, taką w której zawarta jest cała prawda i tylko prawda, a to sprawia, że inne książki są już niepotrzebne, ba! wręcz szkodliwe, bo zamęt w głowach czynią – oczywiście nie mają oni na myśli czytnika książek elektronicznych, w pamięci którego mieści się więcej tekstów niż w mojej bibliotece... No, a jeśli szkoda mi drukarzy, introligatorów, producentów papieru, wytwórców desek na półki (pisarzy, poetów i innych piszących mądrali nie szkoda, bo to przecież zakały ludzkości), to mogę mieć kilka tysięcy takich samych książek – przynajmniej nie męczyłbym się z ich układaniem; szukanie też straciłoby rację bytu, bo i czego tu szukać, kiedy wszystko już znalezione, nie mówiąc o tym, że jeden jedyny egzemplarz łatwo mógłby się zawieruszyć, a tak to zawsze coś będzie pod ręką...

Lecz ja jakoś nie mogę sobie tego wyobrazić. To jasnodrewniane poddasze, okno z cudnym widokiem na burze szalejące nad łagodnymi wzgórzami, stary bujany fotel i kilka tysięcy takich samych książek. Zupełnie jakbym był oblężony przez obcą armię. Jakby wszystkie te zadziwiające ćmy, motyle, komarnice, trzmiele, bąki, chrząszcze i koniki polne nagle zostały zastąpione przez muchy – wszędzie w powietrzu tylko muchy, takie same muchy tak samo bzyczące.... Ciemna chmura much unosząca się nad bezkresem szczotlichy siwej, jedynej rośliny rosnącej w moich ogrodzie i we wszystkich ogrodach dookoła...

Czy ja już śpię? Czy śnią mi się jakieś koszmary? Niech się śnią. Prześnią się i znikną. Wyśpię się. Jutro wstanę i dalej będę przenosił książki. Przecież na dole zostało ich całkiem dużo. A wnet będzie ich jeszcze więcej. Różnych. Najróżniejszych.


<<<