WALUTA


Liber.
Jeden liber.
Oczywiście, że tak. Czy mogłoby być inaczej?
(Mogłoby. Kiedyś myślałem, że mógłby być jeden radul, ale nie wiedziałem na co miałby się on dzielić. Łatwiej było z jedną hasą, która dzieliłaby się na dziewięćdziesiąt dwie rapasy. Oba te pomysły, jak i kilka innych, których już nie pamiętam, były znacznie głupsze niż libry. Co wcale nie znaczy, że libry są mądre – są tylko mniej głupie .....)
Jeden liber, a potem co: dwa libery czy dwa libry?
Więc może nie liber tylko libr. Jeden libr. Dwa libry. Pięć librów. Cztery tysiące osiemset librów. Pożyczki w librach. Oszczędności w librach. I tak dalej ....... Libr wydaje się lepszy od libera.
Zatem mógłby być libr. I miałby całkiem ładny skrót: LBR.
Na co by się dzielił libr? Na nic by się nie dzielił. Po co miałby się dzielić? Po co mi jakieś monety? Po co jakieś mennice? (Oczywiście, mógłby się dzielić na rozdziały, strony, akapity, zdania i słowa – jakże dokładnie można by wtedy wyceniać i płacić – ale po co niepotrzebnie komplikować rzeczy proste? Tu zastanawiające i wymagające dogłębnej analizy jest słowo „niepotrzebnie”. I gdyby taką wyczerpującą analizę przeprowadzić, mogłoby się okazać, że niepotrzebność jest bardzo potrzebna. Nie będę więc tego analizował. Przynajmniej teraz.) Libr byłby tylko i wyłącznie papierowy. Lecz i to byłby zbytni kłopot. Nawet przy założeniu, że do drukowania librów wcale nie byłby potrzebny specjalny papier, ani tym bardziej zabezpieczenia w postaci świecących farb i platynowych pasków. Każdy rodzaj papieru byłby dobry. Jak również każda farba. Każde pióro, długopis czy ołówek. I każdy wzór ...... I to dopiero byłby kłopot! Jakby tak każdy musiał sam robić sobie banknoty. Zatem libr mógłby być wirtualny. No właśnie. Tylko i wyłącznie wirtualny. Mówię, że płacę sto librów i już. Zapisuję, że dostałem dwieście librów i już. Albo i nie zapisuję. Po co miałbym zapisywać, skoro i tak stan mojego konta zależałby tylko i wyłącznie ode mnie.
To przerażające! Tak być nie może! To niemożliwe! Coś z tym trzeba zrobić! To doprowadzi do katastrofy! To już doprowadziło do katastrofy! - takie i jeszcze straszniejsze okrzyki dochodziłyby z państw zamiedznych i zapłotnych. Przecież to doprowadzi do galopującej inflacji (albo deflacji). Do dewaluacji (albo do inwaluacji – jeśli takowa istnieje, a jeśli nie, to może tu zaistniałaby po raz pierwszy objawiając światu swoje straszne oblicze). Do całkowitego krachu. Do zapaści finansowej. Do utraty płynności. Do niewypłacalności. Do ..... ach, szkoda słów. Jakieś zabezpieczenia potrzebne. Jakaś baza. Jakiś fundament. Jakiś stabilny system. Jakiś parytet.
Krzyczą, łapią się za głowę, mdleją. A tu przecież system stabilny jak woda. Jak wiatr. Jak deszcz. Jak jesienny upał. Nikt nie zyskuje – nikt nie traci. Parytet w książkach, czyli wreszcie w czymś naprawdę wartościowym. Bank – biblioteka. Kredyty w fabułach, esejach, fraszkach lub poematach. I jest świetnie. A jeśli nikt nie zadaje tu tego trudnego i jakże podchwytliwego pytania dlaczego para butów warta jest kopę jaj? to nie z obawy przed brakiem odpowiedzi, lecz z powodu jego bezsensowności tu, w Liberlandii.
Lecz nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być jeszcze lepiej. A jeszcze lepiej byłoby, gdyby i państwa zamiedzne i zapłotne wprowadziły libry. Wtedy nie byłoby problemów z wymianą, z rosnącymi i spadającymi kursami, ze spekulowaniem, z nieustannym przeliczaniem. Jak je jednak do tego przekonać? Chyba w najsubtelniejszy z możliwych sposobów: napadając.
Zatem napadam!


Już napadłem.


<<<