URZĄD

Uuuuuuuuuuuuuuuuu...
Ważna rzecz. Lecz raczej powinno być:
U U U U U U U U U U U U U U U U U
O tak. Teraz zdecydowanie lepiej to wygląda. Znacznie poważniej. Czyli tak jak powinno. Bo urząd to poważna sprawa i trzeba do niej (do tej sprawy) i do niego (do tego urzędu) podejść nad wyraz poważnie.
Co robi urząd?
Urząd urządza. Co do tego nie można mieć wątpliwości – po to jest urząd, żeby urządzać, więc jeśli jest po to, to urządza.
Wątpliwości mogłyby się pojawić przy kolejnym pytaniu: co urząd urządza? Mogłyby, lecz nie pojawią się, albowiem odpowiedź na to pytanie jest prosta i natychmiastowa: urząd urządza to, co nie jest urządzone.
A jeśli coś jest już urządzone?
Nie ma czegoś, co byłoby już urządzone, zawsze w tym czymś pozostanie coś, jakiś skrawek, jakiś fragmencik, jakiś zapomniany kąt, który jeszcze nie został urządzony, a nawet jeśli gdzieś znajduje się coś, co jest całkowicie urządzone, to przecież zawsze można to coś urządzić jeszcze raz, trochę, lub zupełnie inaczej.
Urządzanie jest procesem ciągłym i stałym. Końca nie widać urządzaniu. Nawet jeśli wejdzie się na dach, na samą kalenicę, a z niej wlezie się na komin i na nim stanie na palcach wyciągając ciało jak się tylko da, a w szczególności szyję, co jest okropnie niebezpieczne i nie powinno się tego robić pod żadnym pozorem, to i tak nie zobaczy się końca urządzania – wszędzie będzie widać tylko urządzanie. Zima myślała, że się urządziła, a teraz urządza się wiosna i wszystko pozmieniała. Czyli jeden wielki bałagan i chaos. Znowu rzeka wylała, a przecież ma urządzone bardzo ładne koryto, kręte, nienudne, zacienione. Bo tak to właśnie jest: urządzanie to przecież nic innego jak tylko zaprowadzanie porządku, próba zapanowania nad wszechogarniającym bałaganem i pozbycia się go raz na zawsze (na przykład przez zasypanie śniegiem i zamrożenie lub zalanie wodą), lecz urządzanie zawsze związane jest z przestawianiem, przesuwaniem, przenoszeniem, przetaczaniem, przerabianiem, przebieraniem i tak dalej, co powoduje nieustanną konieczność urządzania urządzania (bo przecież urządzanie nie może odbywać się w sposób chaotyczny – musi być dobrze zorganizowane, czyli urządzone, żeby mogło przynieść oczekiwane, zamierzone i pożądane efekty), co z kolej wymaga przestawiania przesuwania, przesuwania przetaczania, przerabiania przenoszenia i tak dalej.
A Liberlandia, co widać gołym okiem i bez wchodzenia na dach, ani nawet na najniższy konar najniższego drzewa, wcale nie jest urządzona. I długo jeszcze urządzona nie będzie. Ba! Nigdy nie będzie urządzona!
Zatem urząd będzie potrzebny. Przede wszystkim Urząd Do Spraw Urządzania. Żeby jednak ten urząd pracował, czyli urządzał, bez zarzutu, sam musi być bez zarzutu urządzony. Co znaczy, że zatrudnieni w nim urzędnicy muszą także być bez zarzutu. Czyli idealni. Czyli nie powinni mieć rodzin, krewnych ani znajomych, albowiem posiadanie ich prowadziłoby w sposób nieuchronny do sytuacji, w których pierwszeństwo oddawano by właśnie im, a nie zupełnie obcym i nieznanym petentom posiadającym wszakże dokładnie takie same prawa i również żadnych przywilejów. To świadomość powinna określać byt urzędnika, nigdy na odwrót – urzędnik nie powinien w ogóle zajmować się swoim ciałem, to znaczy powinien posiadać ciało idealne, które nie wymagałoby żadnych zabiegów konserwacyjnych, okresowych przeglądów i badań, nie wspominając o jakichkolwiek naprawach – wykluczone jest picie herbaty w urzędzie, jedzenie kanapek, porozumiewanie się z kimkolwiek w sprawach nieurzędowych, korzystanie z toalety... takie stany jak senność, zdenerwowanie, roztargnienie, przemęczenie, ogólna niechęć do wykonywania zawodu, w ogóle nie powinny być im znane nawet z nazwy.
Ktoś mógłby powiedzieć, że takim wymaganiom sprostałby tylko robot. I gdyby tak powiedział, to by się srodze pomylił. Roboty są bowiem głupie i bezduszne, a urzędnik powinien być mądry, powinien w lot rozumieć potrzeby obywatela przychodzącego do urzędu załatwić jakąś sprawę, powinien wręcz emanować ciepłem, współczuciem i oddaniem. Poza tym roboty czerpią energię, czyli generują dodatkowe koszty, co jest niedopuszczalne – urzędnik nie powinien generować żadnych kosztów, nie powinien zużywać żadnej energii, nawet słonecznej i wiatrowej, powinien być napędzany jedynie własnym urzędowaniem, tak jak prawdziwy artysta, który żyje sztuką i w ogóle nie obchodzą go tak trywialne sprawy jak metabolizm węglowodanów i tłuszczów.
Więc jeśli nie roboty, to kto? Skąd rekrutować idealnych urzędników? Gdzie ich szukać? W gąszczu dzikich róż splatających się z pokręconymi gałęziami chylących się ku ziemi, starych, wyczerpanych jabłoni? Wśród motyli i ciem zachwycających chaotycznym, nieprzewidywalnym lotem? Nie. W opozycji.
Jeśli w państwie jest system wielopartyjny, to urzędnicy wszystkich szczebli powinni rekrutować się z partii opozycyjnej. Wtedy partia, która wygrywa wybory nic nie musi robić, a jeśli nic nie musi robić, to nie musi się z niczego tłumaczyć (musiałaby się tłumaczyć, gdyby coś chciała zrobić, ale to tylko szaleńcy chcą coś robić, kiedy niczego robić nie muszą), za nic nie ponosi też odpowiedzialności i z wyrozumiałością może przyglądać się wysiłkom, a niekiedy nawet męczarniom urzędującej opozycji. Opozycja zaś nie może niczego bezkarnie krytykować i we wszystkim przeszkadzać, nie może być przecież w opozycji do samej siebie; poza tym opozycja zawsze utrzymuje i na każdym kroku to podkreśla, że wie wszytko lepiej, więc wreszcie miałaby szansę się tą lepszą wiedzą wykazać, zaś partia rządząca, która wie wszystko gorzej nie mogłaby obywatelom, w szczególności tym, którzy na nią nie głosowali, tą gorszą wiedzą zaszkodzić. I tak wszyscy byliby uśmiechnięci i nikt by nikomu nie złorzeczył.
Na szczęście w Liberlandii, jak już powszechnie wiadomo, nie ma systemu wielopartyjnego. Nie ma też systemu jednopartyjnego. Nie ma żadnego systemu, więc powyższe rozważania są całkowicie jałowymi spekulacjami, które od biedy można by uznać za niezbyt wyrafinowaną, wczesnopopołudniową gimnastykę umysłu.
A skoro nie ma kandydatów na urzędników, to nie ma też urzędników. A skoro nie ma urzędników, to nie będzie też urzędu. Nawet Urzędu Do Spraw Urządzania. A skoro nie ma urzędu, to nikt Liberlandii nie urządzi. I Liberlandia pozostanie nieurządzona.
No a ja? Trzeba by jeszcze pozbyć się mnie.
Marzenia. Marcowe marzenia.
Takie tam sobie marcenia.


<<<