UKŁAD

Państwo to układ.
Państwo to układ układów.
Państwo to układ składający się z mniejszych układów i pozostający w większym układzie.
Układ układów w układzie.
Tak jest i wygląda na to, że nie może być inaczej.
Państwo nie może nie być układem.
Ja też jestem układem. Układem układów w układzie.
Tak jest i nie może być inaczej.
Co wcale nie znaczy, że ja jestem państwem. Na świecie jest mnóstwo rozmaitych układów. Sam świat też jest układem, który jest częścią większego układu zwanego Wszechświatem.
Oczywiście można próbować wyobrazić sobie świat pozbawiony układów, który w dodatku sam nie jest układem. To byłby nawet bardzo interesujący eksperyment myślowy. Zapewne nieudany, albowiem jak powszechnie (nie)wiadomo wyobrazić możemy sobie tylko to, co już znamy. Co najwyżej możemy układać ze znanych nam elementów jakieś inne, nieistniejące układy, ale raczej nie wyobrazimy sobie zupełnie nieznanych nam elementów, które układałyby się w coś równie całkowicie nam nieznanego. Dlatego nie wyobrazimy sobie świata, który nie byłby układem, ponieważ znamy tylko świat, który jest układem.
A układy jak to układy: rozkładają się i składają.
Kiedy któryś z układów się zacznie się rozkładać, wtedy może stanowić zagrożenie dla funkcjonowania innych układów. Taki psujący się układ należy naprawić. Czasami nawet należy go usunąć, bo może zacząć on psuć i rozkładać inne układy z którymi jest w układzie. Czasami jednak jest to niemożliwe, gdyż usunięcie takiego układu może spowodować rozkład tego większego układu. Można też próbować zastąpić jeden układ drugim. W zasadzie jest to jedyne co można zrobić. Zresztą trudno mówić i pisać o tym w ten sposób, bo to układy same się zastępują, jedne wypierają drugie, natychmiast zapełniają miejsce po tych, które się rozpadły. Nam tu nic do tego. Możemy co najwyżej trwać w złudzeniu, że to wynik naszych przemyślanych, świadomych, konkretnych, celowych i jakichś tam jeszcze działań.
Niestety, nie wszystko można wymienić, zastąpić lub usunąć. Można sobie wymienić serce, ale całego układu krążenia już nie. Przynajmniej teraz. Może kiedyś będzie to można zrobić. Można wyciąć sobie żołądek i bez niego żyć. Trudno byłoby jednak żyć bez całego układu pokarmowego. Nerkę prawdziwą możne zastąpić sztuczną, ale jest to ciągle dosyć kłopotliwe. Próchniejącego szkieletu też na razie nie można wymienić na nowy. Bądźmy jednak cierpliwi.
A bez państwa da się żyć. Na co wskazują liczne przykłady ludów bezpaństwowych. Co by znaczyło, że państwo nie jest układem koniecznym i niezbędnym. Państwo jest jak ubranie. Wystarczy przenieść się do ciepłych krajów i można ubranie zdjąć. Albo przynajmniej bardzo je ograniczyć. Zredukować do przepaski z liści. (Bardzo atrakcyjne jest porównanie państwa do ubrania. Można by je rozwinąć w długą i zawiłą dysertację... Nawet gdyby przyjąć, że nie strój zdobi człowieka, to strój na pewno go krępuje, nastraja, zmusza, zachęca, czyli ogólnie rzecz biorąc na człowieka wpływa, bo nie jest obojętny, bo coś znaczy, o czymś świadczy...)
A bez skóry już by się żyć nie dało. I tak jak lud poradzi sobie bez państwa, to nie poradzi sobie bez ludowości, bez układu zwanego „lud”, na który składają się pomniejsze układy i układziki. Plemię nie poradzi sobie bez swojej „plemienności”, a rodzina bez „rodzinności”. Bowiem lud, plemię, klan, rodzina wielka i mała, grupa przyjaciół, znajomych czy wtajemniczonych, to wszystko układy zawierane po to, żeby ci, którzy są w tym układzie czerpali z tego korzyści jednocześnie oddając swój zapał, wiedzę, energię, umiejętności temu układowi...
Polityka to sztuka układania układów. Sztuka w rozumieniu umiejętności, a nie tworzenia rzeczy i zjawisk sztucznych. Nie ma bowiem nic bardziej naturalnego niż układy. Nie ma bowiem bardziej naturalnego procesu niż układanie. Niekończące się układanie układanek.
Zatem moje państwo to też układ. Układ układów w układzie. Układ drzew w ogrodzie. Układ splątanych, bezlistnych gałęzi w układzie drzew. Układ chylących się ku upadkowi jabłoni, zaciekle i beznadziejnie broniących swych przywilejów przed naporem jesionów, dębów i brzóz... Układ niewidzialnych mysich ścieżek, które może wnet zamienią się w układ podśnieżnych tuneli ujawniający się niekiedy w czasie odwilży... Tajemnicze i niezrozumiałe układy pajęczyn za i pod szafami gdzie muchy zdają się nigdy nie latać. Wredne układy niżów i wyżów oraz frontów zimnych i ciepłych – byle tylko zalać, zatopić, wysuszyć, spalić, przeziębić, przemoczyć, zmrozić...
Wszystko ze wszystkim wchodzi w układy. Jedni z drugimi, żeby wypchnąć tych trzecich. Czwarci z piątymi, żeby zgnębić tych szóstych. Niekończące się zawieranie i zrywanie układów. ŻEBY NAM SIĘ LEPIEJ W ŻYCIU UKŁADAŁO.
Układam litery w słowa, a słowa w zdania, żeby zapanować nad obezwładniającym mnie układem myśli, doznań, spostrzeżeń. A potem ten układ liter-słów-zdań próbuje obezwładnić moje myśli, doznania, spostrzeżenia.
Cóż mogę zrobić? Wyciąć drzewa? Spalić trawę? Wygonić z domu koty i pchły? Wymazać w książkach wszystkie litery i znaki? Cóż to da? Nic to nie da, bo dać nie może. Zawsze coś zostanie. Zawsze zostanie czegoś wystarczająco dużo, by stworzyć nowy układ.
A ja w środku tych wirujących układów. W tej sieci. W tym bagnie. W tej rozgwieżdżonej nocy przepełnionej układami gwiazd i galaktyk.
Musiałbym więc uczynić Liberlandię krainą pustą. Całkowicie pustą. Niewyobrażalnie pustą. Przepięknie pustą. Tak musiałbym w niej wszystko poukładać, żeby była pusta. Całkowicie pusta. Niewyobrażalnie pusta. Przepięknie pusta.

<<<