TRADYCJA

Lubię wstawać rano.
Zawsze wstaję rano. Nie pamiętam, żebym kiedyś wstał w południe, albo nawet po południu. Zdarzało mi się wstawać w nocy – to znaczy tak bardzo wcześnie rano, że była to zdecydowanie bardziej noc niż pora określana mianem choćby przedświtu, bo nic nie wskazywało na to, że już wnet głęboka czerń ulegnie spłyceniu i zacznie powolutku przemieniać się w szarość, bardzo gęstą jeszcze, ale jednak szarość (pora roku nie ma tu znaczenia, choć zapewne śnieżne zaspy lub kobierce gnijących żółtobrunatnych liści zapewne jakoś na intensywność tej czerni by wpływały) – na przykład wtedy, gdy musiałem wyruszyć w jakąś podróż, by dotrzeć gdzieś na określoną godzinę. Zdarzało mi się też, że nie wstawałem rano, bo leżałem chory, ale to nie zdarzało się i nie zdarza często. Oczywiście, kiedyś zdarzy się, że w ogóle nie wstanę, ale to na szczęście zdarzy się tylko raz i już się nie powtórzy.
To nie jest tak, że codziennie wstaję o tej samej godzinie – codziennie wstaję o inne godzinie, chociaż czasami zdarza się, że przez kilka dni z rzędu budzę się dokładnie o tej samej porze, co do minuty, a może nawet i co do sekundy, ale tego nie mogę stwierdzić z całą pewnością, ponieważ leżący obok łóżka zegarek nie pokazuje sekund. Widocznie coś się w moim wewnętrznym zegarze biologicznym zacina i klinuje, a po kilku dniach znowu ulega naturalnemu rozchybotaniu.
Lubię wstawać rano dlatego, że wtedy umysł mam czysty i spokojny, chociaż zdarza się przecież, że tuż przed obudzeniem kłębią się w nim nieprawdopodobne senne historie, lecz to może one właśnie są fusami, mętnym osadem, odchodami świadomości, a otwarcie powiek jest dla nich tym czym uruchomienie spłuczki dopełniające aktu porannego odkupienia... Siadam przy stole (przy niebieskim lub przy białym albo przy tym niemalowanym, starym, okrutnie ciężkim, chyba jesionowym) i wtedy zlatują się słowa. Całe ich chmary. Zewsząd. Kierowane i poganiane jakimś tajemniczym zmysłem pozwalającym im wykryć pustą głowę, którą niezwłocznie trzeba zapełnić, bo może uda się dzięki niej zamienić w ulotną falę dźwiękową lub przybrać znacznie trwalszą formę dziwacznych zawijasów. Lecz to też nie jest regułą – zdarza się przecież, że nie piszę, a wolę czytać; rano teksty są jakieś niebywale przejrzyste i przezroczyste, nie zasłaniają, ale odsłaniają, stają się lunetą i mikroskopem.
Nie sądzę, aby wpływ na to miała zielona herbata. Bywa, że jej nie piję, a słów mnóstwo. Bywa, że ją piję, a słów wcale nie takie mnóstwo. Różnie bywa. A herbatę piję ciągle w tym samym kubku. To chyba bardziej kubek niż filiżanka albo czarka, ponieważ ma kształt walca. Jest jednak mniejszy niż zwykły kubek i nie ma ucha, więc nie wiem czy zasługuje na miano kubka. Prawdopodobnie nie zasługuje na żadne miano, albo jakieś miano musiałbym mu nadać, nazwę bardziej trafną. Albo imię. Lubię bardzo te naczynia, ponieważ są dosyć grube, więc nie nagrzewają się tak szybko jak czarki (a może także dzięki innemu kształtowi). Użyłem liczby mnogiej, bo to już trzeci (niech będzie kubek). Chyba trzeci. Dostałem ich kilka (chyba pięć) od znajomego ceramika mieszkającego po drugiej stronie gór. Ten pierwszy był chyba najładniejszy – miał takie ostre, żółte maźnięcie. Tylko ten – inne są (były) bardziej stonowane, chociaż wszystkie pomalowane tak samo, mocnymi, prostymi pociągnięciami dosyć szerokiego pędzla. Ciekawe, co będzie, kiedy ten ostatni, chyba piąty, wyślizgnie się z czyjejś drżącej dłoni. Zapewne nie przestanę pić zielonej herbaty, bo ją lubię. Może się jednak zdarzyć, że z jakiegoś powodu przestanę pić zieloną herbatę: przestanie mi smakować, albo zacznie szkodzić, albo nigdzie nie będzie można jej dostać, albo nagle zapałam miłością do kawy, co jest raczej mało prawdopodobne, bowiem kawa wpływa na mój organizm wielce dezintegrująco, trzęsę się i grzechoczę jakby wszystkie śrubki i zawiasy nagle się obluzowały. I co się wtedy stanie? Zapewne nic szczególnego, nic co stanowiłoby punkt zwrotny w dziejach świata, albo nawet w dziejach mojego państwa, a tym bardziej w dziejach państw zamiedznych i zapłotnych. Może co najwyżej napiszę książkę, albo tylko krótki esej, o nie piciu zielonej herbaty tuż po porannym przebudzeniu, tudzież o przyrządzaniu naparu z suszonych jabłczanych skórek...
Wstaję wcześnie, bo lubię. Lubię wstawać wcześnie, ponieważ kiedy wstaję późno, boli mnie głowa. Po prostu, kiedy śpię za długo czuję się znacznie gorzej, niż kiedy śpię za krótko. Wiem, że są ludzie, którzy mogą spać dowolnie długo, ale ja do nich nie należę. Wydaje się, że do nich mógł należeć mój ojciec. Jeśli co do tego mam pewne wątpliwości, to bez żadnych wątpliwości mogę stwierdzić, że należał on do miłośników kawy i po jej wypiciu czuł się zawsze znacznie lepiej, niż przed jej wypiciem. Natomiast nie wiem, czy pijał kawę jeszcze przed śniadaniem, tak jak ja zieloną herbatę. Wiem natomiast, że zielonej herbaty nie pijał w ogóle. A jeśli chodzi o dziadków, moja wiedza w tym zakresie jest jeszcze bardziej ograniczona, nie wspominając już o pradziadkach (jeden z moich dziadków lubił popijać w nocy zimny rosół – stawiał wieczorem na parapecie okna przy łóżku garnuszek z rosołem – po północy na powierzchni tworzył się gruby kożuch skrzepniętego tłuszczu (fuj! ohyda!) – dziadek budził się w nocy i wypijał łyk lub dwa – a może wcale nie budził się – może robił to przez sen). Wynika z tego, że moje poranne postępowanie ma niewiele, albo zgoła nic, wspólnego z porannymi procedurami ustalonymi (a raczej zapożyczonymi lub narzuconymi im) i przestrzeganymi mniej lub bardziej świadomie przez moich przodków. Na pytanie dlaczego tak postępuję, nie mogę więc udzielić sztampowej i pozornie wszystko wyjaśniającej, a przede wszystkim uwalniającej od uciążliwości zastanawiania się, odpowiedzi „albowiem tak postępowali moi przodkowie”. Mam też nadzieję, że moi potomkowie nie będą niczego bezmyślnie po mnie małpować, poczytując to sobie za zaszczytny obowiązek i uważając za jedyny możliwy sposób życia...
Co ciekawe, moje obecne procedury poranne różnią się od tych sprzed dwudziestu, trzydziestu czy czterdziestu lat, aczkolwiek pamiętam, że zawsze lubiłem budzić się pierwszy i podawać złudzeniu, że cały świat dookoła mnie śpi, że wszyscy pogrążeni są w bezruchu, a tylko ja mogę się ruszać, muszę to jednak robić niebywale ostrożnie i delikatnie, inaczej czar pryśnie. Oczywiście czar pryska bardzo szybko, ale to w niczym nie przeszkadza, ani niczego nie psuje. Wręcz cały ten urok polega na pryskaniu czaru.
No więc lubię rano wstawać i już. Nawet teraz, kiedy coraz ciemniej. Chociaż dni skracają się z astronomiczną precyzją, jesień jest chaotyczna i rozchełstana jak zwykle. Jak zima, wiosna i lato, które co roku przychodzą o innej, choć z grubsza tej samej, porze. Spóźniają się lub spieszą. Trwają krócej lub dłużej. I nic się z tego powodu nie dzieje. I nic by się nie stało nawet wtedy, gdyby pewnego razu zima zapomniała przyjść albo w ogóle przestała przychodzić.


<<<