RUCH


W zasadzie nie powinno być o ruchu, tylko o transporcie. O przenoszeniu i przewożeniu. Istot i przedmiotów. O tym jak je przewozić i przenosić. Czy lepiej przewozić czy przenosić. O drogach, ścieżkach, traktach, autostradach. O przenoszeniu się i przewożeniu pod ziemią (czyli w ziemi – krety ryją korytarze pod powierzchnią ziemi czyli w ziemi – określenie pod ziemią zakładałoby, że ziemia jest warstwą o pewnej grubości i ma swój wierzch i spód i zapewne tak jest, ale nie bardzo wiadomo gdzie ten spód miałby się znajdować i w którym miejscu ziemia przestaje być ziemią, a zaczyna się coś co znajduje się pod nią – na pewno byłoby to dosyć głęboko i kopanie takich naprawdę podziemnych tuneli dostarczałoby nie lada problemów, skoro zwykłe tunele wziemne też potrafią płatać figle), na ziemi i nad ziemią; a także pod wodą (czyli w wodzie – ryby pływają przecież pod powierzchnią wody czyli w wodzie – gdyby ryby pływały pod wodą oznaczałoby to, że pływają w piasku, jeśli oczywiście dno jest piaszczyste – i o ile pisanie i mówienie o życiu podziemnym oznaczałoby poruszanie się raczej w obszarze fantazji, to w przypadku życia podwodnego sytuacja jest diametralnie inna – wystarczy pogrzebać trochę w rzecznym mule: ileż tam najprzeróżniejszych stworów mieszka i się przemieszcza! ale okrętów podwodnych tam nie znajdziemy, albowiem takowe nie istnieją: istnieją tylko okręty wwodne i nawodne), na wodzie i nad wodą; czyli także pod powietrzem, w powietrzu i nad powietrzem (i tu znowu kłopot z tym nieszczęsnym “pod” - pod powietrzem niekoniecznie znaczyłoby na ziemi lub na wodzie, bo przecież stojąc na ziemi ciągle znajdujemy się w powietrzu, co więcej, nawet kiedy jesteśmy w ziemi, to też ciągle znajdujemy się w powietrzu, albowiem tunel jest wypełniony właśnie powietrzem – pod powietrzem mogłoby zatem oznaczać w wodzie, bowiem rozpuszczone w niej powietrze wcale nie wygląda jak to powietrze unoszące się nad wodą).... A jeśli już o transporcie to także i o energii, bo przecież czymś te pojazdy musiałyby być napędzane. No i o organizacji tego przemieszczania się. O zasadach. O przepisach. Na przykład o tym, kto komu powinien ustąpić, jeśli dojdzie do spotkania na wąskiej kładce. Tak. O wszystkich takich i innych rzeczach powinno być. A jeśli być powinno, to i będzie. W stosownym czasie. Nie można przecież o wszystkim naraz, chociaż powinno się – przyjęcie zasady “po kolei” może skutkować tym, że pewne sprawy w ogóle nie zostaną omówione, bo się takiego omówienia nie doczekają, niezależnie od tego czy “po kolei” oznaczałoby “od rzeczy ogólnych do szczególnych” czy “od rzeczy szczególnych do ogólnych” albo “od środka na zewnątrz” lub “od brzegu do środka”. Jak jednak przedstawiać wszystko naraz? Jak pisać i mówić o wszystkim naraz? Ciągle nie wiadomo jak. Tyle tylko wiadomo, że nie jest to niemożliwe. Lub raczej: wydaje się, że nie jest to niemożliwe.
Transport jest szczególną formą ruchu. Dlatego zatem będzie o ruchu, a nie o transporcie. Każdy transport jest ruchem. Nie każdy ruch jest transportem. Tak mogłoby się wydawać. Tak się wydaje na pierwszy rzut oka. Czy tak jednak jest naprawdę?
Siedzę. Siedzę sobie i zastanawiam się nad tym właśnie. I nad wieloma innymi rzeczami też. Nad wszystkim. Zastanawianie się nad wszystkim naraz jest możliwe. Oczywiście, że tak. Właściwie, to nie można się inaczej zastanawiać. Nie można zastanawiać się tylko nad jedną rzeczą nie zastanawiając się jednocześnie nad innymi rzeczami, bo ta jedna rzecz jest przecież powiązana z tymi innymi, a każda z tych innych jest powiązana z jeszcze innymi. I tak dalej. Wychodzi więc na to, że zastanawiając się nad jedną rzeczą zastanawiam się nad wszystkimi rzeczami. Inaczej się nie da.
Dobrze. Zatem siedzę i zastanawiam się nad wszystkim. Chociaż może powinienem teraz obchodzić to moje państwo i sprawdzać, czy się nie wali, czy się nie zapada, czy nie odlatuje, czy nie ucieka, czy nie tonie, czy nie znika, czy go ktoś lub coś nie pożera. A ja siedzę. Coraz więcej siedzę. Coraz mniej chodzę. Nawet coraz mniej jeżdżę – jeżdżenie nie ma tu nic do rzeczy, bo kiedy jadę to siedzę, chyba że jadę pociągiem to wtedy mogę chodzić, ale pociągiem jeżdżę już bardzo rzadko, a kiedy ostatnio nim jechałem to cały czas siedziałem, może dlatego, że były to wagony bez przedziałów, a więc także bez korytarza..... Siedzę, ale nie siedzę bez ruchu. Nie jestem kamienną figurą. Ciągle zmieniam pozycję. Bo zaczyna mnie boleć tu. A potem boli mnie tam. Gdzieś mnie coś swędzi, a w innym miejscu znowu puchnie. Więc muszę się przekręcić. Albo pochylać. Albo przeciągnąć. Albo podkurczać nogi – to znowu je wykręcać albo prostować. Palce zaś biegają po klawiaturze. Nie ciągle wszakże. O nie. Takie głupie nie są. Co i rusz się zatrzymują. Zamierają. Czają się. Czyhają na następne słowo. I hyc! Szybki pasaż. Sprint. Kilkadziesiąt kroczków, podskoczeń i uderzeń. Stop! Zawisają w powietrzu. Może niedostrzegalnie drżą. Muszą drżeć. Nie mogą nie drżeć. Nie mogą nagle skamienieć, a nawet gdyby skamieniały, to też by drżały. Kamienie przecież też drżą..... I po co te przestoje? W głowie szalony ruch. Więc i palce powinny być w nieustannym szalonym ruchu, żeby nadążyć. A one nie nadążają. Coraz bardziej nie nadążają. Coraz więcej pauz. Coraz mniej słów.
Może jednak nadążają. Może właśnie teraz zaczynają nadążać. Tymi pauzami. Coraz częstszym brakiem słów. Bo i czym ma być pisanie? Unieruchomianiem tego, co w nieustannym ruchu. Zamienianiem roztrzepotanego motyla w nieruchome litery, w martwe słowo. Bo wtedy łatwiej – łatwiej sobie poradzić z takim uliterowionym motylem, niż z takim, za którym nie może nadążyć myśl i oko.
Siedzę. Od dwóch, a może od trzech lat w tym samym miejscu. Przedtem siedziałem w innym. Nie jest wykluczone, że za niedługo będę siedział w innym. Coś poprzestawiam. Ruszę się. A drzewo za oknem ciągle stoi w tym samym miejscu. Nawet nie wiem od ilu lat. To bliżej może od dwudziestu kilku. A tamto dalej może nawet od stu. Nie ruszają się. Nie zmieniają miejsca. Pozory bezruchu. Skoro kamienna figura pielgrzyma przesuwa się o jedno ziarenko piasku na rok, to one może przesuwają się o dwa. Kto to wie. Nikt tego nie mierzył. Wystarczy, że wymachują gałęziami. Ciągle. Nieustannie. Każde dyryguje jakąś orkiestrą. Więc ile tych orkiestr musi być tutaj dookoła mnie?
Siedzę. Ale długo nie mogę usiedzieć. Unieruchomię kilka niesfornych myśli-istot-obrazów i już muszę wstać. Już mnie coś podrywa. Zupełnie jakbym zrobił kilka kroków po łące przepełnionej dmuchawcami, albo po wysuszonej gliniastej drodze – chmura pyłu wzbija się i opada. Kilka wyrazów pojawia się na papierze, a w głowie tuman myśli już się podrywa. I mnie podrywa. Rozpiera mnie. Unosi. I muszę wstać.
A nawet gdyby udało mi się siedzieć w bezruchu, gdyby udało mi się osiągnąć na zewnątrz stan skały (uchodzącej wszak za symbol bezruchu – lecz tylko uchodzącej, bo przecież nawet góry rosną i pełzną), to i tak wewnątrz nadal by się kłębiło, coś by pędziło i pulsowało, gnałyby watahy ustrojów drobnych i drobniejszych.... A gdyby nawet i to wewnętrzne kłębienie się ustało, to i tak w końcu rozpadłbym się na cząstki na atomy, a te powędrowałyby dalej łącząc się z innymi i inne tworząc konfiguracje, który znowu by się po jakimś czasie rozpadły w szalonym wirowaniu.
I jak nad tym szaleństwem zapanować? Magią. Tylko magią. Tylko zaklinaniem w nieruchome słowa. Przemienianiem w iluzje nieruchomości. W wyobrażenie nieruchomości.
Zatem musiałby tu obowiązywać bezwzględny i absolutny zakaz ruchu. Jak również zakaz ruchów. Żadnych ruchów Browna. Żadnych ruchów narodowo-wyzwoleńczych, tudzież społecznych, politycznych i religijnych. Żadnych ruchów jednostajnie przyspieszonych. Żadnych ruchów na rzecz, przeciw i w celu. Żadnego ruchu w interesie. Ani ruchu okrężnego. Żadnych ruchów robaczkowych. Precz z perystaltyką!
I tylko ty się ruszasz. Chodzisz i oglądasz wszystko jak w ogromnym, bezgranicznym muzeum. Badasz. Dokładnie i niespiesznie – wszak nic ci nie ucieknie. Poznajesz jedną klatkę z filmu i trwasz w przeświadczeniu, że poznałeś cały film. I choć trudno zaprzeczyć prostemu faktowi, że film składa się z tysięcy takich właśnie klatek, to żeby poznać cały film, trzeba zobaczyć cały film. Trzeba oglądnąć tysiące pędzących klatek. Pędzących, a nie zatrzymanych.
Lecz co z tego, że taki zakaz musiałby tu obowiązywać, skoro by nie mógł. Wszak w Liberlandii nadrzędny względem niego byłby zakaz tworzenia jakichkolwiek iluzji. Niech się więc wszystko kłębi i wiruje. Niech pędzi. Niech będzie tak jak jest.



<<<