PRZEPISY

Oto przepis na przepis:
1.
Przede wszystkim trzeba znaleźć to, co będziemy przepisywać. Oczywiście, zawsze można przepisać byle co, odpada wtedy stres związany z dokonywanie mniej lub bardziej słusznych wyborów, niemniej jednak wybranie czegoś ważnego, lub powszechnie uważanego za ważne, co nie zawsze jest równoznaczne, w pewnym sensie nobilituje przepisującego, przynajmniej tak mu się wydaje, sam czuje się wtedy ważniejszy. Jak zwykle możliwe są bardzo różne strategie: można uznać, że wszystko jest równie ważne lub że nic nie jest ważne, czyli że wszystko jest równie nieważne... można stosować gradację ważności, różną dla różnych rzeczy, albo usiłować wprowadzić tak zwaną gradację obiektywną, czyli obowiązującą wszystkich bez wyjątku i trwać w takim wszystko usprawiedliwiającym złudzeniu i zdumiewać się, że inni mają inną gradację obiektywną... można zdecydować się na gradację subiektywną i wtedy nie łudzić się i nie zdumiewać, co wydaje się raczej niemożliwe, bo przecież każdy kto wspaniałomyślnie mówi „a niech sobie robią co chcą” spodziewa się jednak, że prędzej czy później będą oni robić to co on (albo one to co on lub one to co ona lub oni to co ona – chyba nie ma innych wariantów... ach, prawda, jest przecież jeszcze ono)... Można też ominąć te koszmarne zawiłości i stwierdzić, że nieważne co przepisujemy, lecz jak przepisujemy.
2.
W zasadzie odpowiedź na pytanie jak przepisywać? powinna być jednowyrazowa: dokładnie. Ale słowo „powinna” świadczy o tym, że wcale tak nie jest. Bo rzeczywiście nie jest. I choć chyba nikt nie kwestionowałby zasadności dokładnego przepisywania (słowo „chyba” jest tu niezwykle ważne – inną niezwykle ważną, wręcz fundamentalną sprawą jest fakt, iż uznawanie jakieś zasady wcale nie jest równoznaczne z jej stosowaniem), to już prawie wszyscy mieliby problemy z określeniem granic owej dokładności. Oto przykład klasyczny, czyli fragment wyrwany z kontekstu. Bez wątpienia każdy fragment jest wyrwany (wycięty, wyjęty, wypreparowany z pewnej całości, na którą się składa razem z innymi fragmentami). Taka jest natura fragmentu. Może się tak zdarzyć, że ów fragment łudząco upodabnia się do całości, to znaczy ma wszelkie cechy całości i ktoś kto nie wie, że jest on fragmentem, uznaje go za całość. To nic niezwykłego, albowiem każdy fragment ma prawo do tego, żeby być odrębną i zupełnie niezależną całością nie przestając jednocześnie być fragmentem. Weźmy na przykład taką całość: nie poszedłem do sklepu. Z tej jakże skromnej i wydawałoby się jednoznacznej, zupełnie pozbawionej podtekstów całości można wydzielić takie oto fragmenty: poszedłem do sklepu... szedłem do sklepu... nie poszedłem... poszedłem... poszedł do sklepu... nie poszedł do sklepu... nie szedł do... I tak dalej. W przypadku zdania czterowyrazowego to „dalej” nie jest aż tak bardzo dalekie. Spróbujmy sobie jednak wyobrazić ilość fragmentów, które można by wyrwać z tego właśnie czytanego tekstu... albo ile fragmentów można by wyciąć ze starego ogrodu liczącego ponad sto drzew, z których każde ma przynajmniej kilkaset gałęzi i gałązek, nie wspominając o liściach i igłach. Może się zdarzyć, że któryś z fragmentów trafi do kominka i zamieni się w dym, ale może się zdarzyć i tak, że ktoś wyrzeźbi z niego lalkę, albo zrobi klepkę do parkietu, któż wtedy rozpozna w tym fragment amputowanego uschniętego konaru starzejącej się jabłoni? Przypiszemy mu kompletnie inne znaczenia niż miał, a on dalej przecież będzie tamtym fragmentem, jakże skromnym i nienapuszonym... Płynąłby z tego wniosek bardzo dla nas niewygodny: wszelkie fragmentaryzowanie jest wbrew zasadzie dokładności – niewygodny, bo przepisując całości ręka może odpaść.
Warto by także zastanowić się tutaj, czy jeśli coś zostało nabazgrane ołówkiem w zwykłym zeszycie, to czy można fragment takiej bazgraniny wykaligrafować pięknie piórem na czerpanym papierze, albo wykuć w alabastrze, onyksie lub nefrycie, albo wyryć spychaczem na ogromnej łące... Czy aby coś się wtedy nie zmieni? Czy aby w ten sposób nie nadpiszemy lub dopiszemy czegoś łamiąc tym samym po raz kolejny zasadę dokładności? Zwróćmy jednak uwagę, że ładnie jest fragmentem dokładnie. Tu oczywiście pojawi się kolejny fundamentalny (czyli mentalny) problem: co jest ładniejsze – piękna bazgroła na kiepskim papierze czy sztywne litery na rozgrzanym słońcem marmurze? Kto to wie?
3.
Jakże łatwo przepis zamienić w przypis, prawda? Wystarczy zmienić tylko jedną literkę. Wystarczy, że się palec omsknie... A przypis to już coś całkiem innego niż przepis. A jeszcze mamy przecież wypisy, wpisy i napisy. Oraz odpisy. Ale nie mamy dopisów – to dziwne, ponieważ mamy dopiski. Napisków, wpisków i wypisków też nie mamy – ale mamy zarówno zapisy jak i zapiski... Co za gąszcz. Co za labirynt. Nie do ogarnięcia. Nie do przejścia. Tylko można się w nim zgubić. I to też robimy – gubimy się w tym labiryncie i już z niego nie wychodzimy. Tkwimy w nim przepisując wcześniej popełnione błędy i dodając nowe, nieustannie deformując, aż to co miało być dokładną kopią staje się czymś zupełnie innym. Istny głuchy telefon. Albo raczej ślepa kamera... Próbował zaradzić temu kiedyś dalekozapłotny lud środkowy i na polecenie jednego ze swych cesarzy ze Wschodniej Dynastii Han, wykuł zbiór podstawowych przepisów do przepisywania na czterdziestu sześciu kamiennych stelach, po to by ograniczyć ilość błędów powstających w trakcie nieustannego kopiowania kopii. Działo się to jeszcze zanim ów lud wynalazł papier. A gdy już papier wynalazł, ktoś wpadł na pomysł, że zamiast przepisywać teksty ze steli, wystarczy posmarować kamień tuszem i przyłożyć doń wilgotny arkusz, a tekst odbije się na nim. Tak oto wynaleziono druk, co oczywiście wcale nie uwolniło tego ludu, ani żadnych innych, które później przejęły od niego te wynalazki, od popełniania błędów przy późniejszym wielokrotnym przedrukowywaniu, szczególnie przy użyciu ruchomych czcionek. Niestety, ulubionym, bo podstawowym, pokarmem umysłu są niebieskie migdały, a te jak wiadomo mają właściwości z lekka odurzające.
4.
Przytłoczeni tą dosyć ponurą wizją wiecznego tułania się po upiornym labiryncie wszystkich błędów drobnych i wielkich, nie będziemy już zastanawiać się, nad takimi problemami jak: gdzie przepisywać, komu i dla kogo. Są one istotne, ale może nie aż tak bardzo, żeby zadręczać się nimi w tak piękny wiosenny poranek. Spróbujmy zatem odpowiedzieć na inne pytanie, które chociaż z natury bezsensowne, uważane jest za najważniejsze: po co?
5.
Po co przepisywać cudze teksty, skoro można napisać własny i tym samym uniknąć niebezpieczeństwa popełnienia takich głupich pomyłek, które potem mogą okazać się (i jakże często okazują) brzemienne w mniej lub bardziej opłakane skutki? Odpowiedź jest bardzo prosta: znacznie łatwiej jest przepisywać cudze niż pisać własne... Zresztą, czy jest w ogóle możliwe napisanie czegoś własnego? Czy są jakieś wyrazy i ich kombinacje, których już wcześniej by nie użyto? Nie ma. No chyba że wymyślimy jakieś własne słowa, ale wtedy nikt ich nie zrozumie i przepisując natychmiast je przekręci. Czyżby oznaczało to, że patronami Liberlandii mogliby być zupełnie nieświęci Bouvard i Pecuchet? Propozycja warta zastanowienia...
6.
A tak prawdę napisawszy: po co w ogóle cokolwiek przepisywać, skoro i tak najważniejsze są przepisy niepisane?

Oj! Chyba najwyższy czas zmienić podstawową dietę liberlandzką. Od dzisiaj zamiast niebieskich migdałów wyłącznie czerwony szczypiorek.


No dobra, dosyć tych facecji i wygłupów. Przepisy ważna rzecz. Mogłoby się nawet wydawać, że okrutnie ważna rzecz, bo jak tu żyć bez przepisów? Jak upiec chleb bez przepisu? Albo jak zakisić kapustę? Albo jak przygotować płótno pod namalowanie obrazu? Albo jak zorganizować uroczyste przyjęcie? I tak dalej. Wymieniać dałoby się chyba bez końca. Trzeba jednak uświadomić sobie jedną rzecz: otóż, ktoś kiedyś ugotował zupę pomidorową po raz pierwszy, czyli zrobił to bez przepisu. Z czego wynika, że da się. Przepis precyzyjny zniewala, aczkolwiek daje dosyć duże gwarancje sukcesu. Nie można powiedzieć, że są to gwarancje stuprocentowe, albowiem zawsze może zdarzyć się coś nieprzewidzianego, co sprawi, że powstanie sytuacja w przepisie nieprzewidziana, która wywoła popłoch, panikę i przerażenie oraz paraliż – na przykład: ma przyjść czternastu gości, a tu okazuje się, że jest tylko jedenaście krzesełek i trzynaście talerzy, a co gorsza, okazuje się, że przyszło gości piętnastu, a trzynasty talerz potłukł się, bo był pechowy i miał do tego pełne prawo (postępując zgodnie z przepisem na bohaterską śmierć na polu chwały) – rozwiązanie tego dylematu wymaga umiejętności posługiwania się wyższą matematyką... Co wtedy robić? Wtedy należy skorzystać z przepisu na sytuacje nieprzewidziane i nieprzepisowe, czyli zacząć improwizować... A skąd mam wiedzieć jak improwizować, skoro uczono mnie komponować, a przede wszystkim odgrywać cudze kompozycje? Tak dochodzimy do jednego z największych dylematów: komponować czy improwizować? Rozwiązań jak zwykle jest wiele. Na początek dobrze zdać sobie sprawę z tego, że improwizacja, to niejako komponowanie w locie, nie jest więc improwizacja zaprzysięgłym wrogiem kompozycji. Improwizacje też mają swoje odmiany i stopnie: od drobnych wariacji na temat, do totalnego, całkowitego tworzenia czegoś zupełnie nowego. A i kompozycje też mogą być mniej lub bardziej dokładne, mogą przecież zupełnie świadomie zostawiać miejsce na swobodne działanie... A zresztą co tu tracić czas po próżnicy. Na pewno gdzieś jest przepis na improwizację. I to nie jeden....
Mnóstwo przepisów. Przepisy na wszystko. Nic tylko studiować przepisy. To całkiem niezły przepis na życie. Studiować przepisologię. Kim pan jest? Jestem docentem przepisologii. Gdzie pan pracuje? Pracuję w Instytucie Przepisów Narodowych. Albo: pracuję w Instytucie Przepisów Należytych. Albo: pracuję w Instytucie Przepisów Niestosowanych; tak, to moja pasja, badam przepisy nigdy nie zastosowane oraz takie, które nie mają żadnego zastosowania... Ta ostatnia wersja chyba najbardziej interesująca. Zdecydowanie tak. Oczywiście należałoby też pomyśleć o założeniu Uniwersytetu Przepisologii.

Czy to ma być państwo przepisów, czy też ma to być państwo bez przepisów?
Czy możliwe jest państwo bez przepisów?
A gdyby było możliwe, to czy takie państwo bez przepisów byłoby nieprzepisowe?
Oto przepis na mnożenie pytań.

Wolność pisania czy niewola przepisywania – co wybrać?
Oczywiście, że niewolę przepisywania. Przecież wtedy człowiek oddycha z ulgą i już nie musi się o nic martwić. Czyż nie na tym właśnie (albo między innymi) polega wolność?

<<<