PREAMBUŁA


Wszystkie państwa mają ważne dokumenty, które mają bardzo ważne nazwy: konstytucja, deklaracja, kodeks... Dokumenty te pełnią ważne, a nawet bardzo ważne funkcje, z których bezspornie najważniejszą ma być wyjaśnianie, czy też rozjaśnianie. Oczywiście mroków naszej nędznej egzystencji. Jak to jednak bywa, czyli w rzeczywistości, owo rozjaśnianie czyni nasze pełne zamętu życie jeszcze bardziej zmąconym, czego niektórzy jakoś nie zauważają - zdarzają się przecież ryby, które dobrze się czują w zamulonej wodzie. Można by zatem żywić podejrzenia (nie radziłbym jednak mówić o nich głośno, nawet szeptać o nich po kątach bym nie radził - może co najwyżej myśleć po cichu, bardzo po cichu), że dokumenty te mają jednak za zadanie właśnie zaciemniać. Podkreślam, że jest to tylko podejrzenie. Nie mam co do tego pewności. Trudno też zakładać, że autorzy tych dokumentów mącą, plączą i zaciemniają specjalnie. Bardzo prawdopodobna jest hipoteza, że oni po prostu nie mogą inaczej. Bardzo prawdopodobna, a tym samym jeszcze bardziej oburzająca - odmawiałaby ona im przyrodzonej zdolności jasnego myślenia i precyzyjnego formułowania sądów. Chociaż faktycznie tak nie jest - ta hipoteza wskazywałaby jedynie na pewną fundamentalną i organiczną niemożność, niemoc i niemotę, którą można by sparafrazować jako zasadę nieoznaczoności norm i przepisów i innych.
W moim państwie ta podstawowa trudność zostanie przezwyciężona. To znaczy, zostaną podjęte wszelkie i jak najbardziej bezowocne wysiłki, by tę trudność przezwyciężyć.
Otóż, wyżej wzmiankowane ważne dokumenty mają z reguły jeden absolutnie podstawowy brak, który sprawia, że zamiast prostować gmatwają (lub podstawową zaletę, która sprawia, że dopuszczają potem tak wiele interpretacji, które z kolei pozwalają na tak wiele, tak oszałamiająco różnorodnych, choć w gruncie rzeczy ciągle takich samych i już nudnych, manewrów - to zależy od punktu widzenia). Jest to brak definicji podstawowych pojęć.
Na przykład: moje - co to znaczy, że coś jest moje? czy w ogóle cokolwiek może być czyjeś? - co bezwzględnie wymagałoby podania wcześniej precyzyjnej definicji ja – żeby nie było potem całego tłumu różnych ja: JA JA ja ja JA Ja JA .....
Albo: Deklaracja Praw Człowieka (jeśli przekręciłem nazwę tego podobno najważniejszego dokumentu, to nie z przekory, lecz z braku upowszechnienia tegoż dokumentu - chociaż wydawałoby się, że powinien być w każdym domu, to nie ma go w żadnym; i dobrze, jeszcze by komu przyszło do głowy skorzystać z tych praw) – nie zawiera ona definicji człowieka. Jasnej, wyraźnej, precyzyjnej, nie pozostawiającej cienia wątpliwości. Konsekwencje tego niedopatrzenia są między innymi następujące: oto dowiaduję się na przykład, że człowiek może przemieszczać się dokąd chce, że ma do tego pełne prawo - ufny w prawdziwość owego stwierdzenia i jego potęgę sprawczą, próbuję przemieścić się tam dokąd chcę - i co? i nic - nie wpuszczają mnie - muszę mieć WIZĘ - niech się nie dziwię - oni tam się nie dziwią - widocznie nie jestem człowiekiem .......
Albo: nie zabijaj – ale kogo? bo czasami chcą nas zabić za to że zabiliśmy, innym razem chcą nam postawić za to zabijanie pomnik, a jeszcze innym nawet tego zabijania nie zauważą ....... Na przykład: gdyby pewien rezerwista nie był rezerwistą, lecz czynnym żołnierzem i podłożył tę bombę w czasie wojny i we wrogim kraju, a nie w czasie pokoju i w swoim kraju i rozerwał na strzępy stu kilkudziesięciu urzędników wrogiej administracji, a nie swojej (chociaż może ona była dla niego wroga), to może nawet dostałby za to medal ..... Niemniej jednak należy odnotować w tej sprawie pewien postęp. Ledwie zauważalny, ale jednak postęp. Właściwie postępek. Postępeczek.
Albo: wolność słowa – ale zawsze brak listy słów, które wolno wymawiać lub pisać, co prowadzi do jakże poważnych nieporozumień...
Albo: wolność wyznania – ale nie wiadomo co wolno wyznawać, bo z całą pewnością nie wszystko ....... Chociaż i tak wolno już dużo więcej niż kiedyś. Ale nie wszędzie. I już nie palą na stosach, gdy się nie wyznaje tego, co trzeba i należy wyznawać - kary są bez porównania lżejsze. Zatem znowu postęp (przez niektórych uznawany jednak za degenerację).
Albo: elegancjagdyby prezydent państwa ościennego (czyli graniczącego z moim) wystąpił na ważnym spotkaniu ubrany w kimono zrobione z najprzedniejszego jedwabiu o niebywale wyrafinowanych wzorach lub też w zwiewnej dżelabie z najszlachetniejszej, nieskazitelnie białej tkaniny, to prasa niedwuznacznie zasugerowałaby, iż należałoby rozpocząć procedurę "impiczmentu", jako że wariat nie powinien rządzić tak poważnym krajem jak Polska. Jeśli jednak cesarz Japonii lub król Arabii występuje w garniturze nikogo to nie dziwi i nikt nie uzna ich za niespełna rozumu, chociaż przecież powszechnie wiadomo, że krawat jest jednym z najbardziej kretyńskich wynalazków ludzkości.
I tak dalej. I taka wyliczanka nie miałaby nic wspólnego z kabaretem, choć mogłaby sprawiać wrażenie, że ma.
Czy Liberlandia będzie miała konstytucję? Jeszcze nie wiem. Muszę się nad tym bardzo poważnie zastanowić. Gdybym jednak zdecydował, że tak, to owa konstytucja musiałby być poprzedzona bardzo ważną preambułą, tak ważną, że być może nawet ważniejszą od samej konstytucji. Ta preambuła definiowałby bowiem wszystkie słowa użyte potem w konstytucji. I nie można by użyć do napisanie tej konstytucji żadnego pojęcia nie zdefiniowanego uprzednio w preambule. Dlatego też preambuła nie nazywałaby się "preambuła", lecz "definicjarz". Oczywiście najpierw zostałaby zdefiniowana definicja. Żeby nie było wątpliwości. Oczywiście tworząc definicjarz można by używać tylko słów już uprzednio zdefiniowanych. To nie ulega chyba żadnej wątpliwości. Co jednak zrobić z pierwszym słowem?
Aby wybrnąć z tej nad wyraz dramatycznej pułapki należy wcześniej dokonać wyboru języka urzędowego. Tym językiem będzie z pewnością liberlandzki (należący do rodziny języków bleblajskich) - język nadzwyczajnie rozwijający pewne niedorozwinięte właściwości i potencjały ukryte w innych językach - jedyny język, który w ową pułapkę nie wpadnie. Dlaczego? Dlatego, że język ów ma pewną cudowną właściwość: słowa mają znaczenia jak najbardziej dowolne, czyli znaczą one to, co ktoś chce, żeby znaczyły w danym momencie i miejscu. A wtedy najprecyzyjniejsze definicje, pozostając wiążącymi dla wszystkich i wszystkiego nie krępowałyby nikogo i niczego.
A zatem:

W imieniu wszystkich bytów i niebytów wypełniających Liberlandię po brzegi uroczyście deklaruję:
nie będziemy nigdy wełny owijać w bawełnę, ani w jedwab prawdziwy jak również i sztuczny, ani też w płótno szare siermiężne lub szlachetnie białe, ani w len barwiony na wszystkie możliwe kolory, ani w kretony, szyfony, bistory, elany, atłasy, plusze, aksamity delikatnie lśniące, ani w grubą jutę lubo też cieniuteńki muślin....

I co dalej?
No właśnie – co dalej?
Konieczne konsultacje.
Zanurzę się w zdziczały ogród powoli wypełniający się wiosennym świergotem i kląskaniami . . . . . . 
- - - - - \ \-\-\-\- _ _ _ _ _ \\\\\ | | | |_ | _ | _ |==== / / / / - / - / - / - - - - - - - - - - - - -
_ _ _ _ _ _ _ + + + + + + + + + === - - - - - - / / / - - - - - - - - - - - - - / - / - / - \ = - / - = \ = - / - = \ = - [ ] [ . . . . . . . =- - - - - - - = . >>> < < < ..... - - - - - - - - - - - _ _ _ _ _ _ _ _ - - - - - - > > > > > > > > > > >>>>>>> > > > > > > > > > > >> >>> <<< < < < < < . . . . . . . . . . . . . - - - - - - - - _ _ _ _ _ _


Jednak bez definicjarza. Bez preambuły. I bez konstytucji.

Chyba.