PRAWO


Od maja do września winorośl rośnie jak szalona, bez umiaru, aczkolwiek jej może się wydawać, że robi to dyskretnie i z wdziękiem, szanując otoczenie i nie narzucając mu się zbytnio - różne są punkty widzenia. W każdym razie południową ścianę domu zarasta winorośl uszlachetniona – z naszego, ludzkiego punktu widzenia, bo nie wiadomo, czy ona nie czuje się zhańbiona rozmaitymi zabiegami hodowlanymi, które czynią z niej niewolnicę i całą dumę istnienia próbują sprowadzić do karłowatego krzaczka o gałązkach powyginanych w pętle; ta nie powinna narzekać, przynajmniej z tego powodu, gdyż jest krzakiem ogromnym, wręcz gigantycznym, już zadusiła i zmiażdżyła śliwę na której w młodości się opierała, a teraz zapewne zadusiłaby i dom (a róża? ta monstrualna co rzuciła się na gruszę i grusza już prawie uschła, a róża w końcu nie wytrzymała własnego ciężaru i któregoś roku zapadła się, załamała i od tej pory nie bywa już w czerwcu białą chmurą, lecz tylko strzępami porannej mgły? a ten dąb co nagle pojawił się w koronie jabłoni? a smukły jesion w krzaku czarnego bzu? jakby jakaś epidemia niedozwolonych miłości międzygatunkowych lub zupełnie dozwolonych międzyrodzajowych sabotaży) .... Winorośl oplatająca dom od północy i zachodu i pokrywająca znaczne połacie dachu nie jest uszlachetniona – lub pisząc inaczej: jest szlachetnie dzika i nie została cywilizacyjnie zmanierowana, a jeśli nawet, to w niewielkim stopniu. Co zmanierowane, co dzikie, a co ucywilizowane, to inny gąszcz, inna plątanina, inna bagnista dżungla. Nie w nią teraz będę się zagłębiał, choć kiedyś zapewne będę musiał to zrobić. Chyba że uczynię z tego ścisły rezerwat, tak ścisły, że nikt nie będzie miał prawa, ani odwagi, ani chęci, ani woli go badać. Tak ścisły i tajny on będzie, że nikt nie będzie nawet wiedział o jego istnieniu, nie będzie się go domyślał, ani go o istnienie podejrzewał, nawet on sam ..... Więc przez całą prawie wiosnę i przez całe lato muszę odpierać ataki rozbestwionej, rozbuchanej winorośli. Ciągle muszę coś przycinać, coś skracać, coś trzebić. A ona nic. Ona na to nie zwraca uwagi. Rośnie i rośnie. Gdybym nie pilnował okien, to by wrosła do środka, rzuciła się na książki, siedziała na fotelu, spała na kanapie, a może nawet zażywała kąpieli w wannie, oglądała satelitarną telewizję. Ha! tego by nie mogła, bo w swojej głupocie i pazernym zagarnianiu przestrzeni przykryłaby gęstym kożuchem czaszę anteny i konwerter. Bezczelna! Jakim prawem się tak panoszy?
Właśnie: jakim prawem?
A jakim prawem tu stoi mój dom?
Ano prawem Kalego.

Prawo Kalego zostało sformułowane sto kilkadziesiąt lat temu przez znanego pisarza Henryka Sienkiewicza. To właśnie za sformułowanie tego prawa powinien on dostać Nagrodę Nobla. Dostał ją jednak za książki, które napisał. Niezbyt słusznie, albowiem w tym czasie żyło co najmniej kilku znacznie lepszych od niego pisarzy, którzy napisali znacznie lepsze książki. Ale tak to już bywa u ludów zapłotnych i zamiedznych. Prawo Kalego jest powszechnie znane, ale przypominam, że brzmi ono tak: Kali ukraść krowy – dobrze, Kalemu ukraść krowy – źle. Kali nie ma oczywiście nic wspólnego z okrutną boginią śmierci o tym samym imieniu; jest dosyć przyjemnym murzyńskim chłopcem, niemniej jednak nie wiadomo, czy w okrutnika się nie zamieni, kiedy stanie na czele swojego plemienia. Sienkiewicz kazał wypowiedzieć to zdanie właśnie jemu, żeby pokazać, że dzicy nie mają bladego pojęcia o moralności, etyce, prawie i tym podobnych rzeczach; oczywiście w przeciwieństwie do niego, nie-dzikiego, którego pojęcie o tych sprawach jest śniade i rumiane. Nie kolory pojęć są tu jednak ważne, ani nawet samo pojmowanie – istotne jest tu postępowanie. Dzicy i nie-dzicy postępują tak samo, czyli według zasady Kalego, bo inaczej postępować nie mogą. Prawo Kalego jest prawem uniwersalnym i naturalnym, dopada każdego i schować się przed nim można chyba tylko w czarnej dziurze. O tym jednak Sienkiewicz nie wiedział (albo nie chciał wiedzieć). Sformułował zatem to prawo bezwiednie. Dokonał epokowego odkrycia zupełnie nieświadomie. Czyli jednak dobrze, że nie dostał za nie nagrody. Wygląda też na to, że zdecydowana większość przedstawicieli ludów zapłotnych i zamiedznych również nie zdaje sobie sprawy z wagi tego odkrycia (albo nie chce sobie zdawać sprawy) traktując je jako grudkę błota, którą można rzucić w swojego adwersarza (tym samym potwierdzając słuszność owego prawa, oczywiście bezwiednie).
Najistotniejsze w całej tej sprawie jest jednak to, że Sienkiewicz to prawo jedynie sformułował, a nie ustanowił. On je odkrył (bezwiednie lub wiednie), tylko odkrył, a nie wymyślił. Tak bowiem jest z prawami naturalnymi: je się odkrywa i ubiera w słowa, ich się nie ustanawia.
Wydaje się to oczywiste. Jak również to, że prawo naturalne to zbiór praw Natury lub przynajmniej zbiór zasad opartych na prawach Natury, a przez to nieuchronnych, dotyczących wszystkich i niezmienialnych. Tymczasem u ludów zapłotnych i zamiedznych, prawo naturalne ani się nie wywodzi z praw Natury, ani nie dotyczy Natury, lecz istot, które uważają się za nienaturalne z natury, bo będące wytworem Kultury, która to w swej naturze stoi w sprzeczności z Naturą, co sprawia, że prawo naturalne także jest w opozycji do Natury... To zadziwiające, że ludy zapłotne i zamiedzne nazywają je prawem naturalnym, skoro powinny je nazywać prawem nienaturalnym. Co więcej, ludy te uważają, wręcz są głęboko o tym przekonane, że prawo naturalne zostało ustanowione (!!!) przez istoty (lub istotę) nadnaturalne, które z reguły są wszechmocne i wszechwiedzące, mogą więc w każdej chwili, kiedy tylko im się zachce, to prawo zmienić. Niemniej jednak wszyscy (lub prawie wszyscy) uważają to czyjeś widzimisię za niewzruszoną opokę. Oczywiście takie prawo (nad)naturalne wcale nie jest nieuchronne, albowiem zdecydowana większość tych, których ma ono dotyczyć nie przestrzega go bez żadnych widocznych konsekwencji (spróbowaliby nie przestrzegać prawa grawitacji lub zasad termodynamiki). Po dwakroć zadziwiające. Po trzykroć! Po czterokroć! Po wielokroć! Zupełnie niezadziwiające są zaś zamęt i szaleństwo panujące u ludów zapłotnych i zamiedznych. Można się zastanawiać, czy aby na pewno ustanowienie (!!!) owego prawa naturalnego miało na celu wprowadzenie porządku, czy też może chodziło o zgoła co innego, na przykład o wywołanie poczucia nieustannej winy...
Nie jest to zatem dobry wzór do naśladownictwa. Muszę więc znaleźć inne, własne rozwiązanie. Zakładając, że chciałbym, aby Liberlandia była państwem prawa.
Lecz co to byłoby to prawo? Ustalenie co komu wolno, a czego nie wolno; co kto musi, a czego nie musi; co kto powinien, a czego nie powinien; co kto może, a czego nie może; co kto chciałby, a czego nie chciałby... Nie. To ostatnie już nie. A to przedostatnie? Chyba tak. Ale to pierwsze na pewno. Drugie i trzecie raczej też. A potem coraz mniej pewności...
Zanim jednak zabiorę się za ustanawianie praw powinienem odpowiedzieć na bardziej zasadnicze pytanie: jakim prawem chcę wprowadzić (czyli narzucać komuś) prawo? Zapewne prawem Kalego: żeby inni nie narzucili swoich praw mnie. No właśnie... I co teraz robić? Jak zwykle iść do sadu albo na łąkę. A tam dzicz. Bezhołowie. Chaos. Brutalność. Bezprawie. I jaki porządek. Zadziwiający. Jak w bibliotece. Każde drzewo, każdy krzew jak książka. Każdy liść jak strona. Zadziwiające.

<<<