PIĘKNO

Państwo powinno być piękne.
Żeby państwo było piękne, wszystko w nim powinno być piękne. Powinno być piękne na każdym poziomie i w każdym swoim przejawie, w najdrobniejszym nawet szczególe...
No, to już chyba przesada. Nie wiem, czy państwo powinno być piękne do przesady – może wystarczy, żeby było po prostu piękne. A żeby takie było, musi mieć w sobie jakiś element brzydoty, coś brzydkiego – jeśli tego mieć nie będzie, skąd będzie wiadomo, że jest piękne?
Nawet jeśli to, co można przeczytać powyżej wydaje się w miarę oczywiste, znacznie mniej oczywiste wydaje się samo piękno.
Wśród ludów zapłotnych dosyć powszechne jest przekonanie, że trzy najpiękniejsze rzeczy na świecie to: koń w galopie, kobieta w tańcu i fregata pod pełnymi żaglami. Kolejność nie jest istotna, albowiem są to rzeczy równie piękne, żadna nie jest ani odrobinę piękniejsza lub brzydsza od pozostałych. Nie wiadomo też, co miałoby znaczyć określenie „dosyć powszechne”. Prawdopodobnie lepiej byłoby napisać „coraz mniej powszechne”, albowiem wiele wskazuje, iż taki wybór jest dosyć archaiczny i dokonany przez jakiegoś marynarza-kawalerzystę. Choć takie połączenie zawodów jawi się jako całkowicie absurdalne, niekoniecznie takie być musi. Za płotem dzieją się różne niepojęte rzeczy.
Koń. Dlaczego koń? Dlaczego nie jeleń? Albo śmigła, delikatna gazela? I dlaczego w galopie, a nie w truchcie, albo spokojnie pasący się na rozległym stepie? Że niby chodzi o ten pęd powietrza i rozwianą grzywę? Mógłby na przykład być orzeł szybujący w przestworzach. Ludy zapłotne lubią utożsamiać się z wielkimi drapieżcami. Piękno nie ma tu nic do rzeczy. Dzięcioł czy sikorka są równie piękne, ale zdecydowanie za małe. Tak jak kot... Oczywiście ten galopujący koń to na pewno nie jest koń Przewalskiego, albo perszeron...
Kobieta. Jaka kobieta? Oczywiście młoda, piękna księżniczka. Zapewne nie chodzi tu o starą, bezzębną, pomarszczoną babę wywijającą oberka. Oczywiście ta młoda, piękna księżniczka, tańczy walca, a nie rumbę czy pogo; ma na sobie długą suknię, a nie obcisłe spodnie. To są rzeczy tak oczywiste, że nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, że komuś może do głowy przyjść coś innego. Oczywiste dla kawalerzysty. I gdybyśmy zapytali owego hipotetycznego kawalerzystę, czy wśród rozlicznych kobiet tańczących w jego umyśle jest także podrygująca w transie Pigmejka, zapewne odpowiedziałby „tak”, bo tak powinien odpowiedzieć dobrze wychowany kawaler, lecz myślałby zgoła co innego.
Fregata. Nie wiem czy fregata. Może szkuner. Albo bryg. Nie znam się na żaglowcach. Dużo istotniejsze są te rozwinięte żagle... A dlaczego nie balon? Albo szybowiec?
Cóż łączy konia, kobietę i żaglowiec? Ruch. Wszystko jest bowiem w ruchu. Lecz nie tylko ruch – szybko biegnąca mrówka nie znalazła się na tej liście – przede wszystkim swoisty patos ruchu: żagle muszą być wydęte, grzywa rozwiana, suknia wirować. Z czego wniosek, że lekko pofalowane niewysokie góry zupełnie nieruchome szans nie mają żadnych.
Ciekawe także jest to, dlaczego lista ograniczona jest tylko do trzech punktów? Czyżby nigdy nie kończąca się wiara w magiczne moce liczby trzy? Do trzech razy sztuka... Trzy miejsca na podium...
Porzućmy jednak ów z lekka prześmiewczo-szyderczy ton i zastanówmy się poważnie: czy ma sens tworzenie listy rzeczy-spraw-zjawisk-istot najpiękniejszych? Nie ma. Albowiem stwierdziliśmy na samym początku, że w pięknym państwie wszystko jest piękne. Oprócz tych kilku niepięknych rzeczy-spraw-istot-zjawisk, które są niepiękne tylko po to, żeby dostrzec piękno. Może zatem należałoby zacząć od sporządzenia listy owych rzeczy niepięknych. I cóż byłoby na pierwszym miejscu? Państwo. Bo państwo samo w sobie jest przecież paskudne. Jest tworem monstrualnym i ohydnym. Więc piękne państwo, państwo pięknie urządzone i pięknie funkcjonujące byłoby niczym piękny potwór, piękna zbrodnia, zachwycające swą urodą szaleństwo... I to wystarczy. Nie będziemy tej okropnej listy przedłużać. Ta jedna opozycja, taka opozycja, taki kontrast, w zupełności wystarczy. To już mamy załatwione. Już się nie musimy tym zajmować i przejmować. Poszukajmy teraz tego, co mogłoby być ideałem piękna, do którego należałoby dążyć, który byłby drogowskazem i wzorem:
ta łagodnie pofalowana linia niskich gór porośniętych gęstym lasem lecz łysych na czubkach przemykająca chyłkiem przez plątaninę gałęzi już prawie potężnego jesionu?
mgła włócząca się po łąkach z celem i bez celu?
suchy liść przeganiany wiatrem?
mruczenie kota?
wielka misterna pajęczyna rozpięta między gibkimi źdźbłami wybujałych traw srebrzyście połyskująca w słońcu czy ta utkana za szafą w wiecznym cieniu pogrążona?
rozłożysty dąb czy krzewinka brusznicy?
bezchmurne niebo?
letnia burza?
bezgwiezdna noc bezksiężycowa ciemniejsza od atramentu?
plus? minus? równa się? a może pierwiastek kwadratowy z?
śpiew ptaka – którego: sroki, wrony, szczygła, bażanta, sikorki, wróbla, dzięcioła, lelka kozodoja?
szum deszczu?
litera? która litera?
czysta kartka papieru? jakiego papieru?
znowu czysta kartka papieru z której zniknął nieudany tekst?
lekko rozstrojone pianino? jego dźwięk? gama C-dur na nim zagrana błyskotliwie leciutko palcami już trochę pomarszczonymi lecz ciągle nad wyraz nad nuty biegłymi?


<<<