PIEKŁO

Nie pamiętam, kiedy miała miejsce ta wizyta. Nawet pory roku nie mógłbym określić. Raczej nie było to lato – świadczyłby o tym dość gruby i ciepły strój, za gruby i za ciepły jak na letnie upały, nie można jednak wykluczyć, że był to wyjątkowo chłodny dzień. Wolałbym, żeby to była wiosna, nawet gdyby to miał być dzień ponury, ciemny, bezlistny i odwilżowy – w perspektywie jest jednak ocieplenie i rozjaśnienie. O ile strój nie dostarczał stosownych informacji odnośnie pory roku i pogody (wszak gumofilce wskazywałyby na obecność błota, a to robi się tu ochoczo o każdej porze roku ze względu na gliniastą, ciężką glebę; nie mam jednak pewności, że były to gumofilce, bez wątpienia nie były to sandały, ani półbuty o manierycznych liniach udających elegancję i wyrafinowanie, ani choćby popularne niegdyś „traktory”) to jasno wskazywał na roboczy charakter tej międzypaństwowej wizyty. Nie poprzedzały jej też żadne skomplikowane dyplomatyczne uzgodnienia – poprzedzały za to inne niezapowiedziane wizyty. Zdecydowana większość tych poprzednich wizyt miała miejsce w porach późnowieczornych, a nawet wręcz nocnych, więc ta trochę mnie zaskoczyła, gdyż pamiętam, że było jasno, choć nie pamiętam czy świeciło słońce. Gość przybywał z państwa zapłotnego. Nie była to wizyta na najwyższym szczeblu, raczej na najniższym – gość był bowiem najmłodszym synem przywódcy (i właściciela) owego państwa – co wcale nie ujmowało jej powagi, zresztą jak wiadomo szczeble rzecz umowna, więc nie ma co się nimi przejmować. To na pewno była niesłychanie ważna wizyta, o czym świadczyło jakieś szczególne, wcześniej nie widziane, napięcie na jego twarzy, jakieś nadmierne zakłopotanie wyrażające się wielką ociężałością i niezdarnością ruchów. Jakby to ciało dopiero co zostało ulepione i poszczególne jego części niezbyt do siebie pasowały, poruszały się niezależnie od siebie, niezbornie, przeszkadzając sobie. Ta niezborność nie wynikała ani z alkoholowego upojenia, ani z choroby. To z czym przybył zbyt wielki miało ciężar – z takim ciężarem jego ciało nawet odrobinę upojone nie poradziłoby sobie, choć podczas innych wizyt twierdził, że aby tu przyjść, musi ciału dodawać odwagi. Zaś choroba nie drążyła ciała, lecz umysł (zupełnie jakby ten był oddzielony od tamtego – może na tym właśnie owa choroba polegała) – czasami ten umysł mąciła, czasami rozjaśniała ponad wszelką miarę i sprawiała, że postrzegał rzeczy pieczołowicie i skrzętnie skrywane...

Wszedł i od razu usiadł, chociaż napisać, że zwalił się na krzesło byłoby niewątpliwie przesadą. Usiadł ciężko i siedział ciężko, w milczeniu i niepewności. Ani on, ani ja nie wiedzieliśmy, czy jego umysł znajdował się w stanie zmącenia czy oświecenia. Aż wreszcie, bez żadnych uprzednich wyjaśnień, bez słów i zdań wprowadzających, nawet bez stęknięć i pomruków, zadał pytanie, które tu przydźwigał:
- Pan, sąsiedzie, jest ateusz?
- Tak.
- No i nie boi się pan, że po śmierci pójdzie pan do piekła?
- Ależ, sąsiedzie drogi, przecież piekła nie ma, czegóż tu się bać?
- Jak to: nie ma?
- Skoro nie ma Boga, to nie ma i piekła, przecież to jasne, proste i logiczne.
W zasadzie trywialne pytania. I równie trywialne odpowiedzi. Powinno paść następne, też trywialne. Ale nie padło. A gdyby padło, to winno brzmieć „To co jest?” Pobrzmiewałaby w nim domniemana odpowiedź, co czyniłoby je w dużej mierze pytaniem retorycznym, lub co najmniej sugestia odpowiedzi, za którą kryłaby się owa prastara ponoć mądrość ludu wyrażona porzekadłem „hulaj dusza piekła nie ma”; wątpliwa to jednak mądrość, raczej głupota, skoro lud przekonany o istnieniu piekła hula w najlepsze. Lud zapłotny. Bo lud Liberlandii, czyli ja, nie hula. Przynajmniej w potocznym tego słowa rozumieniu. Hula za to po klawiaturze, jak wiatr po ogrodzie, też przysłowiowy... Zatem rzekłbym: „Odpowiedzialność”. Ta cholerna odpowiedzialność za wszystko co zrobiłem, robię i zrobię, za najdrobniejszy gest i najniewinniejsze słowo, niemożność odwrócenia tego co się zdarzyło najhojniejszym zadośćuczynieniem i najłaskawszym przebaczeniem. Odpowiedzialność, której nic i nikt ze mnie nie zdejmie. No proszę, w tej wydawałoby się tak liberalno-libertyńskiej Liberlandii takie totalne zniewolenie! To dopiero prawdziwe piekło.
Nie odpowiedziałem jednak, bo nie padło takie pytanie. Czyżby gość w nagłym rozbłysku przenikliwego jasnowidzenia dostrzegł moją piekielną odpowiedź, a potem zapadły w jego umyśle jeszcze większe ciemności?

<<<