Obywatele


Cały dzień dzisiaj pada.
Inwazja obcego mocarstwa. Mocarstwa chmur. Wypadają się chmury i już nie będzie mocarstwa chmur. Będzie mocarstwo błota. Mocarstwo wilgoci. Potem będzie wielkie parowanie i wielki atak na czyste niebo.
A może to masowy powrót obywateli z wielkiej emigracji, z wielkiego wygnania – ciągłe powracanie spowodowane nieustannym wyganianiem.
To interesujące. Krople deszczu obywatelami Liberlandii. Obywatele Liberlandii jak krople deszczu. Wilgoć obywatelem. Obywatel wilgoć...
Interesujące jako pewna wizja, koncepcja, wyobrażenie, spekulacja. Jako pewna myśl szalona.
Interesujące, lecz zupełnie niemożliwe. Nie dlatego, że krople deszczu nie mogą być obywatelami. Albo wilgoć lub susza. Bo przecież mogłyby. Niemożliwe dlatego, że w Liberlandii nie ma obywateli. Nie ma i nie będzie. Ani normalnych, ani honorowych. To moje państwo, a nie obywateli. Po co mi obywatele? Tylko będą przeszkadzać. Zaraz coś im się zacznie nie podobać, coś będzie przeszkadzać, coś ich będzie uwierać. A to im będzie za gorąco, a to za zimno. Jednym będzie za mokro, a drugim za sucho. Czegoś będą żądać, czegoś się domagać. Już wystarczy, że ja kwękam. Już wystarczy, że ja utyskuję i grymaszę. Gdyby zamiast mnie był cały ogromny chór kwękaczy, to nic by nie było słychać poza kwękaniem, ani świergotu, ani kląskania, ani kumkania. Więc nie było obywateli, nie ma i nie będzie. Tylko z nimi kłopoty. Same kłopoty. Żadnego pożytku. Niech sobie zakładają własne państwa.
A gdyby byli jak trawa?
To by ciągle rośli i rośli. Trzeba by ich ciągle przycinać, nawozić, podlewać i wałować. Wszystko by chcieli zarosnąć. W każdą szczelinkę by się wpychali. Rozsadzaliby korzeniami skały. Nie.

A gdyby byli jak litery w książce?


<<<