NIEBO

Nie wiem, kiedy mogłaby mieć miejsce ta wizyta. Chyba o każdej porze roku, chociaż zapewne wolałbym wiosnę, ale taką w pełnym rozkwicie, w oszałamiającej, jaskrawej zieleni, a nie taką dopiero co wyłaniającą się z okowów zimy, z brudnych resztek śniegu i rozmarzającej ziemi. Ale mogłoby to być także lato. Nawet gorąca, letnia noc. Taka, kiedy podobno nie sposób zasnąć (piszę podobno, bowiem należę do tych szczęśliwych ludzi, którym jeszcze nie zdarzyło się nie zasnąć), kiedy dymią mrowiska, a wokół żarówek wirują chmary oszalałych z nadmiaru żądz owadów. Wbrew pozorom, to byłaby całkiem dobra pora na złożenie międzypaństwowej wizyty. Ktoś mógłby pomyśleć, że to sen, senna zmora, senne widziadło – taka nieokreślona postać wyłaniająca się cicho z ciemności, bezgłośnie i nie do końca, pozostająca w półmroku, ubrana w półcień. Tak, bez wątpienia strój nie byłby wtedy istotny, strój by się rozmazywał i zacierał, nikt by na niego nie zwracał uwagi oszołomiony duchotą, szmerami i kląskaniami, zaniepokojony bzyczeniem, rozdrażniony brzęczeniem. Tym bardziej, że z pewnością byłaby to wizyta nieoficjalna, lecz także nierobocza. Więc jaka? Bez wątpienia nagła, ale spodziewana, łatwa do przewidzenia jeśli chodzi o to, że kiedyś nastąpi, lecz niełatwa do wskazania konkretnego momentu. Wizyta nagłej potrzeby i wyższej konieczności. Może nawet wizyta ratunkowa, mająca na celu uspokojenie skołatanego umysłu, wizyta terapeutyczna przewyższająca efektywnością liczenie baranów. Gość z państwa zapłotnego mógłby przybyć nawet boso, jeśli nie bałby się, że po drodze nadepnie na coś ostrego lub spotka istotę jadowitą lub trującą, co uniemożliwi mu odbycie owej jakże ważnej dla niego wizyty. Szczebel czy ranga wizyty też nie byłaby bardzo istotne – szczeble w ciemnościach raczej trzeba wymacywać, a rangi mogą okazać się równie złudne jak potwory i duchy okazują się ledwie cieniami, przez które bez trudu da się przeniknąć. Zważywszy powyższe okoliczności można by określić tę wizytę mianem tajemniczej lub nawet tajnej, lecz byłoby to niepotrzebnym nadużyciem, które dałoby się wytłumaczyć chyba jedynie sennym, czy półsennym, fantazjowaniem; gość mógłby przybyć okryty ciemnym, nawet czarnym płaszczem narzuconym na głowę, ale tylko wtedy, gdyby padało rzęsiście, wtedy jednak zapewne nie wyszedłby z domy, bowiem pytanie z którym przybywał nie byłoby chyba aż tak ważne i godne natychmiastowej odpowiedzi i ryzyka całkowitego przemoczenia, a w konsekwencji jakiegoś wrednego przeziębienia lub jeszcze wredniejszego zapalenia płuc. To zasadnicze pytanie byłoby poprzedzone pytaniem wstępnym, zadanym na stojąco (wszak gość nie siadłby, bo nie miałby na czym, a nie miałby na czym bo wolałby pozostać w mroku, być niczym konar starej jabłoni, która nagle rozkwitła mową raz na sto lat – a stałby lekko, prawie unosząc się w ciepłym powietrzu). To pytanie miałoby jedynie potwierdzić to, co i tak było mu wiadome, choć zawsze przecież coś nieoczekiwanego mogło wydarzyć się w ostatniej chwili, a wówczas pytanie następne, to zasadnicze, nie miałoby już żadnego sensu.
- Pan, sąsiedzie, jest ateusz?
- Tak – odpowiedziałbym, choć nie musiałbym, bo milczenie potwierdziłoby słuszne domniemanie braku zmian.
- No i nie szkoda panu, że po śmierci nie pójdzie pan do nieba?
Czy mnie słuch nie myli? Ateuszy odsyła się przecież do piekła. Bez wahania. Bez zbędnych ceregieli. Bez zwłoki. Czyżby kryło się w tym domniemanie mojej dobroci? Lecz któż by domniemywał: on czy raczej ja?
- Ależ, sąsiedzie drogi, przecież nieba nie ma, czegóż tu zatem żałować?
- Jak to: nie ma?
- Skoro nie ma boga, to nie ma i nieba, przecież to jasne, proste i logiczne.
W zasadzie trywialne pytania. I równie trywialne odpowiedzi. Powinno zatem paść następne, też trywialne. Brzmiałoby ono: „To co jest?” Czy pobrzmiewałaby w nim domniemana odpowiedź, co czyniłoby je w dużej mierze pytaniem retorycznym? Raczej nie. Ani też nie zawierałaby się w nim sugestia odpowiedzi, za którą kryłaby się jakaś prastara ponoć mądrość ludu wyrażona znanym porzekadłem. Co miałaby robić dusza, gdyby nie było nieba? Lud milczy. Lud jakoś nie zabiera głosu w tej jakże subtelnej sprawie. Czyżby ludowi brakowało mądrości? Czyżby języka w gębie zapomniał? Lud zapłotny. A lud Liberlandii, czyli ja? Odpowiedziałbym: „Sen. Sen nocy wiosennej”.

<<<