MAPA

Każde państwo powinno mieć mapę. Ot, chociażby po to, żeby obywatele mogli swoje państwo zobaczyć w całości. Normalnie, na co dzień, widzą przecież tylko kawalątek kraju, w którym żyją. Nawet gdyby się wspięli na najwyższą górę, to też nie zobaczą go w całości... no chyba że kraj jest wystarczająco mały, a powietrze tego dnia jest wystarczająco przejrzyste... O nie, nawet to nie wystarczy. Musieliby jeszcze mieć oczy dookoła głowy. A nie mają. Więc obracają się, a wtedy zawsze jakiś fragment swojego państwa mają za plecami.

Wspinanie się na góry jest dosyć uciążliwe, choć bywa przygodą wspaniałą. Wjeżdżanie windą na niebotyczne wieże jest mniej uciążliwe, pod warunkiem, że nie musimy tego robić za każdym razem, gdy chcemy sprawdzić jak dojechać do znajomych, którzy właśnie się przeprowadzili, lub na koncert, który ma się odbyć w mieście, w którym nigdy przedtem nie byliśmy, albo którędy jeździ autobus numer ileś tam po zmianie trasy. Rozłożenie mapy jest znacznie łatwiejsze. Poza tym po mapie możemy wędrować palcem – kładziemy palec na papierze i jedziemy! nic nam nie przeszkadza, wszędzie docieramy, wszędzie jesteśmy... a na pejzażu palca położyć się nie da, dotknąć wzgórz porośniętych gęstym lasem też się nie da...

Mapy są piękne i tajemnicze. Bardzo piękne i bardzo tajemnicze. Choć przecież za zadanie mają odsłaniać tajemnice krainy, którą odwzorowują – lecz one te tajemnice wchłaniają w siebie niczym bibuła kleksy.

Mapy są rysopisami. To ciekawe, że słowo rysopis odnosi się głównie (może nawet wyłącznie) do osób, zaś sam rysopis nie ma nic wspólnego z rysowaniem i rysunkiem, jest bowiem czystym opisem. Rysopis powinien być połączeniem rysunku z opisem. Rysopis osoby nie jest połączeniem rysunku z opisem. To co nazywamy rysopisem osoby wcale nie jest rysopisem. Rysopis osoby ma być odwzorowaniem wyglądu tej osoby, lecz tylko wyglądu zewnętrznego, nigdy wewnętrznego – ciekawe dlaczego... ale tak już jest, tak się przyjęło... Prawdziwym rysopisem, rysopisem w pełnym tego słowa znaczeniu jest mapa.

Zatem do sporządzenia mapy potrzebny jest ołówek. Bo ołówkiem można i pisać, i rysować Aparat fotograficzny nie jest potrzebny, ponieważ aparatem fotograficznym nie można ani rysować, ani pisać. Zdjęcia nie są rysopisami. Zdjęcia są tylko zdjęciami i pokazują jedynie to, co widać, zaś nie pokazują tego, czego nie widać, podczas gdy mapa, każda mapa, pokazuje i jedno i drugie. W różnych proporcjach oczywiście. A to, co niewidoczne, co ukryte, jest bardzo ważne. Zdjęcie, na przykład satelitarne jakiegoś państwa, pokazuje jak to państwo wyglądało w momencie zrobienia tego zdjęcia. Mapa tego państwa pokazywałaby nie jak to państwo wygląda, lecz jakie ono jest w tej chwili i jakie było w tamtej chwili i jakie może być za chwilę, za wiele chwil. Oczywiście w przybliżeniu. Nie w zbliżeniu, lecz w przybliżeniu. Mniej więcej. Raz mniej raz więcej. I to jest ogromny problem mapy.

Mógłbym więc spróbować połączyć zdjęcie, rysunek i opis. Co bym otrzymał? Zdjęrysopis? Zdrysopis? Jak widać łączą się niechętnie. Co zrozumiałe. Bowiem mapa jest także swojego rodzaju wyobrażeniem. Fantazjowaniem na temat obszaru, który przedstawia. Opowieścią do pewnego stopnia realistyczną i do pewnego stopnia zmyśloną. Jest też baśnią. Legendą. Poematem i eposem. Mogłaby być nawet kryminałem. Lecz przede wszystkim jest powieścią przygodową... Bo mogę na mapie zaznaczyć miejsca ukrycia skarbów. Mogą sporządzić mapę ścieżek, którymi podążali ci, którzy tych skarbów szukali. Lecz mogę też nanieść na taką mapę szlaki, którymi podążają motyle, które nie szukają tych skarbów, bo szukają zupełnie innych skarbów ukrytych zupełnie gdzie indziej, jak i miejsc, w których żerowały, kiedy były jeszcze gąsienicami, którymi w ogóle skarby nie były w głowie, bo głów nie miały, były bowiem niezapychalnymi żołądkami. Mogę narysować granice zasięgu pokrzyw i zaznaczyć obszary nakrapiane zółtymi mleczami. Mogę też zaznaczyć miejsce, w których gromadzą się wieczorową porą południce, choć nie jest do końca jasne, ani ciemne, czy one nie rodzą się tuż przed południem i tuż po południu umierają. Co innego mamuny... Mógłbym też przekopiować zawiłe rysunki na zmrożonym śniegu tworzone bezwiednie przez bażanty nieustannie szukające zamarzniętych jabłek, których nie zdążyły zamienić w błoto jesienne słoty... No i oczywiście wykreślić splątane trajektorie czarownych lotów na miotłach i drapieżnych szybowań na szeroko rozpostartych skrzydłach...

Zatem będę rysował i pisał. Lecz zanim zacznę mapę mojego państwa rysopisować, najpierw muszę zdecydować, z której strony. Najpowszechniejsze są mapy rysopisane z góry, niejako z lotu ptaka. Właściwie innych map nie ma. Chyba nie ma. Tak jakby widok z góry zawierał w sobie wszystkie inne widoki, widoki ze wszystkich innych stron. Co przecież ani nie jest prawdą, ani też nie jest możliwe... To znaczy może i jest możliwe, lecz rezultat nałożenia na siebie różnych widoków mógłby okazać się nieczytelnym bełkotem. Niemniej kusi sporządzenie mapy, która byłaby widokiem z boku... Kusi, lecz oprę się kuszeniu. Temu kuszeniu, bowiem ulegnę innemu.

Sporządzę mapę taką jak należy – z góry. Każda mapa ma jednak to do siebie, że ma drugą stronę. I na tej drugiej stronie sporządzę mapę taką jak nie należy – z dołu. Z pełzu kreta... Ach, gdyby tu było morze, albo jakieś jezioro, to bym to zrobił z pływu ryby...


<<<