KLIMAT

Bynajmniej nie umiarkowany.
A nawet jeśli umiarkowany, to umiarkowanie gorący.
Ale też nie ekstremalny.
A nawet jeśli ekstremalny, to ekstremalnie umiarkowany.
Przede wszystkim niezmienny. Stabilny i przewidywalny. Bez powyższych zawiłości.
Czyli niemożliwy.
Więc tylko odrobinę zmienny. Żeby był możliwy. Ot, leciutkie fluktuacje. Takie fluktuacyjki. Nie ogromne, groźne fale na oceanie gotowe zatopić największe statki, lecz ledwie zmarszczki na jeziorze, takie co czynią ciekawszym widok odbitych chmur, drzew i gór.
Bardzo, bardzo spłaszczona amplituda zmian. Niby coś się zmienia, ale jest tak, jakby nic się nie zmieniało.
No, może ciut większa. Żeby zmiana nie była niedostrzegalna, lecz ledwie dostrzegalna.
Nie chciałbym jednak, żeby był tylko dzień. Co to to nie. Albo tylko noc. Niech sobie będzie jedno i drugie. Oczywiście, niekoniecznie musiałby wydłużać się i skracać tak regularnie, tak po minutce. Dziś mógłby trwać siedem godzin, a jutro na przykład dziesięć, a czasami mogłoby go nie być wcale. Tak zapewne byłoby ciekawiej, może nawet najciekawiej. Ale całkiem niepraktycznie. Mniej ciekawie, ale za to bardzo praktycznie byłoby wtedy, gdybym mógł sam o tym decydować. Mówię, obojętnie cicho czy głośno: dziś mam dużo roboty, więc nie będzie nocy. I nie ma nocy, dopóki ja nie skończę tej pilnej roboty... Co za bzdury.
Ale chciałbym, że było tylko lato. A jeśli już musiałby padać śnieg, to niechby padał w lecie i tylko wysoko w górach (na szczęście wysokich gór tu nie ma). W ostateczności mógłby padać na łąki, pole i lasy, ale nie na drogi, ścieżki i chodniki – mógłby je omijać - - - - - nie, to bez sensu - - - śnieg jest kompletnie i całkowicie bez sensu.
A deszcz? Deszcz tylko w nocy. Ile można by wtedy zaoszczędzić na parasolach. Raczej na paraplujach – przecież parasole, jak sama nazwa wskazuje, są od słońca. Język niekiedy gorszy jest w swojej nieprzewidywalności od pogody... Oczywiście nie każdej nocy. Rozgwieżdżone niebo bywa niczego sobie. Szczególnie w ogrodzie. A jeszcze szczególniej tam, na łące. A w lesie to już chyba można by dostać zawrotu głowy, gdyby gałęzie nie przeszkadzały.
Zachmurzenie mogłoby być. Chmury urządzają piękne widowiska.
A burze? Burze urządzają jeszcze piękniejsze widowiska niż chmury. No więc niech sobie urządzają, ale w odległości wystarczająco dużej, by to piękno móc podziwiać. Siedzę sobie na tarasie, a tam za wzgórzami dramat, wojny światów, zderzające się galaktyki. Oglądam, zachwycam się, kontempluję, nic mi na głowę nie kapie, ani nie leje się za kołnierz, lekki wiatr przegania duchotę...
No właśnie – wiatr by się przydał. Nie taki, żeby od razu łamać drzewa i próbować zerwać dach, ale żeby nieustannie wprawiać w ruch turbinkę. Własny prąd to całkiem przyjemna perspektywa. Ta turbina nie musiałaby być duża. Przecież nie musiałbym się ani chłodzić, ani ogrzewać. A gdybym nauczył się gasić i zapalać słońce, to nie musiałbym też używać lamp i żarówek. Zatem ta turbinka pracowałaby tylko na potrzeby drukarek, odkurzacza i kilku innych urządzeń.
To wcale nie jest tak, że aby docenić lato konieczna jest zima. Że lato jest latem dopiero wtedy, kiedy przed nim i po nim panuje zima. Żeby cieszyć się z bycia człowiekiem, wcale nie trzeba co pewien czas, w miarę regularnie, zamieniać się w traszkę, tukana albo rozwielitkę. Chociaż może nie byłoby to takie głupie.
Można by dojść do wniosku (i do takiego dochodzi wielu za płotem i za miedzą), że pokoju nie da się docenić bez wojny i dlatego wojny są potrzebne i korzystne, zresztą nie tylko z tego powodu – oczywiście, nie wystarczy jedna wojna, bo szybko się o niej zapomni i nowe pokolenia w ogóle nie będą jej znały, więc nie będą wiedziały co to pokój i nie będą umiały się z niego cieszyć. Tak jak nie doceni zdrowia ten, kto nie chorował; zapewne jest to stwierdzenie w jakimś stopniu słuszne, ale czy od razu musi to być stwardnienie rozsiane albo złośliwa białaczka? W zupełności wystarczy zwykła grypa bez powikłań i bez powtórzeń. Z czego można by wysnuć jakże pochopny wniosek, że wystarczyłaby mała, nawet malutka wojenka...
Jak widać same korzyści z takiego stałego klimatu. Zupełnie nieuzasadnione są obawy, że może to doprowadzić do marazmu, przygnębienia, depresji, całkowitego rozleniwienia, wręcz zidiocenia, a nawet do zmałpienia. Jakimś dziwnym trafem uczłowieczenie nastąpiło tam, gdzie nie trzeba przez pół roku palić w piecu.
Ze stałej pogody ducha też same korzyści, chociaż tę jakże trudno zachować patrząc na to, co się dzieje dookoła. Szlag trafia kiedy te durne przymrozki, jak jakieś watahy dzikich najeźdźców, niszczą bezmyślnie pięknie kwitnące sady. Cierpienie wcale nie uszlachetnia, lecz wyniszcza, szlachtuje świadomość, aż ta staje się wąska i ciasna i niewiele się w niej mieści poza otępieniem, lub zwykłą tępotą i chęcią odwetu. Cieszmy się i śmiejmy i nie zamartwiajmy losem producentów chusteczek. Wszak z radości też się można popłakać.


<<<