KALENDARZ


Kalendarz jest ważny. Bardzo ważny. Ważniejszy niż bardzo wiele innych spraw i rzeczy (tu przydałyby się jakieś konkrety, lecz nic mi nie przychodzi do głowy – może to i dobrze – wszak wiadomo, że szczegóły i konkrety są niebezpieczne, bo siedzi w nich diabeł i mąci, psuje, szarpie, rozbija i burzy to, co tak ładnie wygląda i błyszczy na zewnątrz)... Mogłoby się nawet wydawać, że bez kalendarza państwo nie może funkcjonować. Ba! żyć się nie da! Bo i jak tu żyć, kiedy nie wiadomo co się kiedy wydarzyło ani co się kiedy stanie? Bez kalendarza nie wiadomo ani kiedy pracować, ani kiedy wypoczywać, ani kiedy jak się ubrać, ani kiedy co ugotować, ani kiedy zapłacić rachunek za prąd i za telefon, ani kiedy świętować, ani kiedy komu złożyć życzenia z okazji czegoś tam... Nic nie wiadomo. Po prostu kompletny chaos. Zawierucha. Zamieć taka straszna, że nic nie widać dookoła, że nie wiadomo w którą stronę iść, nie wiadomo gdzie się co zaczyna, a gdzie kończy. Jakaś mgła potworna wszystko oblepiająca.
Zatem kalendarz musi być. Tak się wydaje. Tak. Wydaje się to tak oczywiste, że aż zastanawianie się nad tym wydaje się zupełnie niestosowne, niegodziwe, niepojęte. A jednak....
Niech będzie kalendarz. Ale jaki? Wszak jest wiele kalendarzy. Bardzo wiele. Chociaż żyjąc według jednego kalendarza, strach pomyśleć, że są jakieś inne, że mogą być inne początki i końce. Bo to mogłoby znaczyć, że te nasze początki i końce niekoniecznie muszą być właściwe.
Najłatwiej byłoby przyjąć za obowiązujący na terenie państwa ten kalendarz, który jest najpowszechniejszy. Wtedy byłoby najmniej kłopotów. Lecz tylko pozornie. Z pewnością nie byłoby kłopotów z ustalaniem dat, z ich kalibracją, albowiem byłyby one takie same jak (prawie) wszędzie. Ale też tym samym oznaczałoby to przyjęcie pewnego punktu widzenia, który niekoniecznie musiałby być zgodny z liberlandzkim. Wbrew pozorom kalendarz nie jest neutralny światopoglądowo. Wręcz przeciwnie – kalendarz jest esencją światopoglądu.
Najważniejszy w kalendarzu wydaje się punkt zerowy. Logicznym posunięciem byłoby zatem wybranie na ten punkt jakiegoś bardzo ważnego wydarzenia. Najważniejszym wydarzeniem w życiu Liberlandii wydaje się moment jej powstania. Tak jak w życiu każdej istoty najważniejszy wydaje się moment jej narodzin. Każdej istoty żywej i nie-żywej. Albowiem istoty nieżywe też mają swój moment narodzin, który zwykliśmy nazywać momentem powstania. Na przykład fotel na którym siedzę. I tu pojawiają się wątpliwości. Bo może jednak ważniejsze od narodzin jest poczęcie. A może ważniejsze od poczęcia są wydarzenie, które doprowadziły do tego poczęcia? (W przypadku nie-żywego fotela byłby to zapewne moment wymyślenia tego konkretnego fotela, ale żeby taki moment mógł nastąpić, musiał go poprzedzić moment wymyślenia fotela w ogóle, czyli czegoś wygodnego do siedzenia. I tak dalej.) Oczywiście moment narodzin jest dlatego uważany za ważniejszy od momentu poczęcia czy też wymyślenia, że jest on łatwy do wskazania. Poczęcie z reguły ginie we mgle nieokreśloności czasowej – to znaczy nie wiadomo kiedy dokładnie nastąpiło. Zresztą pojęcie momentu też jest dosyć niejasne. Zakłada się, że moment jest punktem na osi czasu (oczywiście wtedy kiedy czas wizualizujemy w postaci osi mającej formę linii ciągłej i prostej, co niekoniecznie musi być zgodne ze stanem rzeczywistym), gdy tymczasem moment nigdy nie jest punktem, lecz zawsze odcinkiem, nawet jeśli bardzo krótkim, to jednak odcinkiem, a odcinek jak to odcinek składa się z wielu punktów. Czyli już na wstępnie dopuszczamy się przekłamań, uproszczeń i niecnych manipulacji. Sprawę komplikuje też fakt, że istnieje inny, jak się wydaje równie ważny moment w życiu wszystkich istot żywych i nie-żywych – jest nim śmierć czyli zniszczenie. Trudno jednak byłoby przyjąć upadek i unicestwienie państwa za punkt zerowy obowiązującego w nim kalendarza. Nie byłoby to jednak niemożliwe. Ostatecznie można sobie wyobrazić wielki kalendarz ścienny wiszący w jakimś ważnym miejscu. Codziennie uroczyście zrywana byłaby jedna kartka odmierzając tym samym nieuchronne podążanie ku zagładzie państwa. Jedyną trudnością w realizacji owej wizji byłaby piramidalna trudność w ustaleniu liczby kartek. Zarówno prognozy powstałe w rygorze najściślej logicznego myślenia jak i te wywróżone z łodyg różnych zielsk byłyby obciążone zbyt dużym błędem... Zresztą owe ważne wydarzenia są faktycznie tylko zwieńczeniem całego ciągu wydarzeń, a ich ważność wynika jedynie z ich spektakularności. Jest ona zatem zupełnie fikcyjna. Jeśli bowiem okazuje się, że aby stało się coś ważnego musi najpierw stać się coś zupełnie nieważnego, to w takim razie oba wydarzenie są równie ważne. Wszystko to prowadzi do wniosku, że każdy moment jest równie ważny i równie nieważny, czyli ocenianie ich w kategoriach ważny-nieważny nie ma zupełnie sensu. To z kolei prowadzi do wniosku, że momentem zerowym kalendarza może być każdy moment wyznaczony przez dowolne wydarzenie. Czy nie lepiej zatem byłoby wybrać na punkt zerowy jakieś wydarzenie nie obciążone ideologicznie? Byłoby, lecz problem polega na tym, że skoro wszystkie wydarzenia są równie ważne-nieważne, to wszystkie są równie nieneutralne światopoglądowo i obciążone ideologicznie. Najlepiej zatem byłoby nie wybierać żadnego momentu. Lub codziennie wybierać inny. Albo skonstruować maszynę losującą, która co roku losowałaby takie wydarzenie. Musiałaby to być jednak niewiarygodnie wielka i potężna maszyna, albowiem musiałaby mieć w swojej bazie danych WSZYSTKIE wydarzenia. Znacznie prostszym rozwiązaniem jest zatem oś pozbawiona punktu zerowego. Lub jakiś pływający punkt zerowy. Uff! Chwila przerwy.


Lecz oś czasu to tylko część kalendarza. Coś jakby tory. Albo szyna. Po niej toczy się koło. Dzień-noc. Pory roku. Jedyny naturalny kalendarz respektowany przez wszystkie istoty. Rok. Rok składający się z 365 pięciu dni i nocy tak samo ważnych-nieważnych. Bo w każdym wydarzyło się tyle samo rzeczy i spraw ważnych i nieważnych z punktu widzenia wszystkich istot. Więc niech każda istota wyznacza (lub nie wyznacza) i świętuje (lub nie świętuje) początek roku wtedy kiedy uzna to za stosowne. I chociaż najbardziej predestynowane do takiej funkcji wydają się cztery dni: najkrótszy, najdłuższy i te dwa trwające tyle samo co następujące po nich noce, to każdy inny dzień z równym powodzeniem może być uznany za początek nowego roku. Czy jednak ma jakiś sens, głębszy lub płytszy, wyznaczanie początku koła? I mówienie: oto dokonało się przetoczenie koła i teraz zaczyna się nowe koło? Ważne jest to, że pada śnieg, a potem topnieje, że wyrasta trawa, a potem liście żółkną. Z tego można się cieszyć i z tego smucić. Tym się można zachwycać i tym przerażać. I zamiast liczyć dni, lepiej rozglądać się dookoła i sycić oczy mieniącymi się barwami, a uszy napełniać choćby wrzaskiem gawronów, co chmurą obsiadły okoliczne drzewa.
Dzień-noc. Wiosna-lato-jesień-zima. Pora-deszczowa-pora-sucha. Jasno-ciemno. Zimno-ciepło. Mokro-sucho. To jedyny naturalny kalendarz. I w swej naturalności zupełnie obojętny. Każdy inny jest nienaturalny. Każdy inny jest despotyczny. Każdy inny jest okrutnym tyranem, któremu ludzie poddają się jednak z zadziwiającą lubością pogrążeni w przekonaniu, że bez niego marnie zginą, oszaleją i zwariują. Że świat cały zginie, oszaleje i zwariuje. A tu wystarczy wyjść do ogrodu. Wychodzę i co widzę? Całkowitą obojętność, zupełny brak zainteresowanie tym, czy dzisiaj jest czwartek czy może sobota, czy dziewiąty czerwca czy siódmy lipca, czy należy pracować czy świętować. I nic się z tego powodu nie dzieje, nic tam nie więdnie z braku podziału roku na tygodnie, dekady czy miesiące. I wszystkie istoty wiedzą co robić, jak się zachowywać, jakie przybrać stroje, jak się puszyć i co jeść, chociaż dni pozostają nieokreślone i nie nazwane. Prawie wszystkie. Bo istotom zwanym ludźmi wydawałoby się, że nie wiedzą. A skoro by im się tak wydawało, to by nie wiedzieli, bo by im do głowy nie przyszło, że wiedzieć mogą.
Uff! chwila przerwy.


Nie po to Liberlandia jest ziemią wolną, żeby hołdować wyuzdanym, rozbuchanym totalitaryzmom co skrycie, cicho i niezauważalnie organizują każdy centymetr i każdą chwilę naszego życia.
Nie będzie kalendarza.
(A cóż to znowu za problem naliczać opłaty za rozmowy telefoniczne od momentu podłączenia danego abonenta do sieci? I niechby płacił co dwadzieścia dni, albo co czterdzieści jeden. Co tyle dni, co ile by się umówił. I już.)
Albo niech każdy ma swój, jeśli chce. To mu wolno. I choć to kraina wolności, nie wolno mu będzie narzucać swojego kalendarza komukolwiek..... O naiwności! Przecież wszyscy (jacy wszyscy? kto to miałby być? kto to będzie?) będą robić tylko to właśnie – będą narzucać innym swój kalendarz, będą zmuszać innych by respektowali tylko ich święta te inne będą uznawać za idiotyczne, głupie i nienaturalne. Nienaturalne (sic!) Chociaż nikt przecież nigdy i nigdzie nie widział, żeby Natura cokolwiek gdziekolwiek i kiedykolwiek świętowała.
Uff!


Żeby jeszcze tak łatwo można było pozbyć się czasu... A zresztą niech sobie płynie. Albo nie płynie. Niech sobie robi co chce. Może stać, biegać, fruwać. Wolno mu. Teraz i tu mu wolno.


<<<