IGRZYSKA


Już za chwilę, za tygodni parę, mają się odbyć wielkie, ogromne igrzyska. Mają one być tak ogromne, że aż będą wielokrotnie większe od Liberlandii. Za każdym razem są one większe i ogromniejsze, więc tym bardziej te następne nie mogłyby się odbyć tutaj. No, chyba żeby zawodnicy byli znacznie mniejsi. Gdyby zawodnicy byli mniejsi, to wtedy nie zachodziłaby konieczność budowania ogromnych stadionów. Prawdę napisawszy, to w ogóle można by nie budować stadionów – można pływać w rzece i biegać na przełaj.... To interesujące: dlaczego w programie tych igrzysk nie ma biegów przełajowych?
Lecz nie tylko brak owej jakże naturalnej i jakże powszechnie uprawianej konkurencji zadziwia. Mógłbym dojść do wniosku, że dobrze byłoby, gdyby Liberlandia wystąpiła na takich igrzyskach. Wszystkie państwa chcą tam wystąpić – a może nie wszystkie? może są takie co nie chcą? - po to, żeby zamanifestować fakt własnego istnienia, jak również po to, żeby pokazać jakie są silne, wspaniałe i potężne, na pewno silniejsze, wspanialsze i potężniejsze od innych.
Rozważając zatem sprawę udziału Liberlandii sięgam do podstawowego dokumentu, który ma określać zasady uczestnictwa, jak również tłumaczyć powody i wskazywać cele. Te wydają się nad wyraz szlachetne: „zwycięża duch fair play, a przemoc jest niedopuszczalna”. Wspaniale. Szlachetna rywalizacja – nikt nie łamie ustalonych zasad, a wszelka przemoc jest wykluczona. A boks? No właśnie – a boks? Wynikałoby z tego, że seria ciosów na korpus zakończona prawym sierpowym, po którym przeciwnik owej szlachetnej rywalizacji pada nieprzytomny nie jest przemocą. Widocznie nie jest..... A strzelanie do sylwetki biegnącego dzika? Tam się przesuwa sylwetka biegnącego dzika, my sobie stoimy tu, całkiem daleko od tej sylwetki i strzelamy. Ćwiczymy celność. Żeby potem szlachetniej zabić. Bo zabijanie przy pomocy karabinu jest szlachetne. Bardzo szlachetne i bardzo fair. I nie jest przemocą. Czego nie można powiedzieć o truciu. Dlatego zapewne nie rywalizuje się szlachetnie w przyrządzaniu trucizn.
Wydziwiam. Przesadzam. Nadinterpretuję. Jak mi te konkurencje nie odpowiadają, to mogę wystartować w innych. Takich jak bieganie. Po prostu sobie biegnę i już. Ani nikogo nie gonię, ani przed nikim nie uciekam, Żadnych podtekstów tego rodzaju. Biegnę i nawet się nie ścigam. No, może tylko odrobinkę się ścigam. Bo chociaż podobno ważny jest udział, to jeszcze ważniejsze jest ściganie się. Aczkolwiek o udziale powinno mówić się głośniej i więcej niż o ściganiu, to jest oczywiście na odwrót. Wszak nieoficjalnie obowiązuje zasada: nieścigającym się wstęp wzbroniony.
Załóżmy więc, że będę udawał że się ścigam, załóżmy nawet że się ścigam. A niech tam. Czy mógłbym wziąć udział w tych igrzyskach? Czytam dalej, że ma to być „współzawodnictwo pomiędzy sportowcami w zawodach indywidualnych i drużynowych, a nie pomiędzy krajami”. Bardzo mi to odpowiada. Takie postawienie sprawy uważam za bardzo słuszne. Lecz jeśli tak ma być, to dlaczego w piłkę grają drużyny reprezentujące kraje, skoro jest wyraźnie napisane, że kraje nie mogą ze sobą współzawodniczyć? Dlaczego grane są hymny krajów, skoro to nie kraje biorą udział w igrzyskach? Powinien być grany hymn igrzysk, wszak takowy istnieje, został skomponowany, tyle że nikt go nie zna, bo grany jest tylko trochę częściej niż nigdy.... Czytam dalej i oto pojawia się następna komplikacja, albowiem okazuje się, że mają to być zawody „sportowców wybranych na tę okoliczność przez swoje Narodowe Komitety ”. Z czego wynikałoby, że nie postawiono znaku równości między narodem i krajem (lecz chyba postawiono taki znak między krajem a państwem) i słusznie, bowiem bywa tak, że w jednym kraju żyje kilka narodów, a jeden naród żyje w kilku krajach nie mając swojego. A może jednak nie? Może znowu żądam i oczekuję zbyt wiele? No ale jeśli to mają być komitety narodowe, nie zaś krajowe, to w takim razie powinny być komitety Maorysów, Kurdów, Siuksów, Apaczów, Ajnów, Tybetańczyków, Lapończyków, Yanoami i setki innych. A ich nie ma. I kraje zrobią wszystko, żeby ich nie było (wrzeszcząc w niebogłosy, że to naruszyłoby ich integralność). A nawet gdyby były, to i tak stałoby to w sprzeczności z zasadą reprezentowania samego siebie.... Dobrze. Niech będzie, że to spekulacje i chore imaginacje. Co jednak zrobić w przypadku, kiedy nie można założyć komitetu narodowego, albowiem jest kraj a nie ma narodu?
Wynika z tego, że nawet gdybym chciał, to wystąpić na tych igrzyskach nie mogę. Trudno. Czy miałbym czego żałować?
Czytam dalej. Oto motto: szybciej, wyżej, mocniej. Dlaczego mocniej? Mocniej uderzyć? Mocniej założyć dźwignię na łokieć? Przecież to przemoc, która ponoć jest niedopuszczalna. Zamiast mocniej mogłoby być dalej. I jeszcze dodatkowo mogłoby być sprytniej, inteligentniej, mądrzej... Nie, nie mogłoby być. To musiałyby być zupełnie inne igrzyska. Można odnieść wrażenie, że spryt, inteligencja i mądrość stoją w sprzeczności z zasadą szlachetnej rywalizacji. Dawno temu, w czasach kiedy nie było jasno określone jak ma wyglądać tyczka, pewien Japończyk wystąpił w konkursie skoku o tyczce z tyczką tak grubą, że z pewnością zasługiwała na miano słupa. Wstawił ten słup w korytko przed zeskokiem, wspiął się na niego i przeskoczył nad poprzeczką, wprawiając sędziów w osłupienie (bo przecież w nic innego nie mógł ich wprawić). Niestety, mimo że nie przekroczył ówczesnych przepisów, jego kreatywność nie spotkała się z uznaniem i został zdyskwalifikowany. Może zatem motto należałoby wzbogacić o słowo zabawniej? Wszak poczucia humoru nigdy dosyć, a jak mawiają śmiech to zdrowie. Mawiają też, że sport to zdrowie, z czego wynikałoby, że śmiech to sport, jak również to, że sport to śmiech. Gdyby jednak jakaś reprezentacja Liberlandii wystąpiła na owych igrzyskach w turnieju piłki nożnej, to zastosowałaby śmiesznie straszną (lub strasznie śmieszną) strategię. Otóż, w piłce nożnej, dopuszczalne jest odbijanie piłki głową. A jeśli można odbijać piłkę głową, to zapewne można też piłkę na głowie nosić. Zatem zawodnik biegłby przez boisko z piłką na głowie. Odebranie piłki nie byłoby łatwe, oj niełatwe byłoby, bo jak ją zaatakować? Tak wysoko unosić nogi nie wolno, zaś atak na zawodnika oznaczałby faul. Dodatkowo zawodnik niosący piłkę na głowie mógłby być otoczony szczelnym murem utworzonym przez kolegów z zespołu, co zwiększyłoby szanse na przedostanie się z piłką pod lub nawet do bramki przeciwnika... Obawiam się jednak, że byłaby to strategia dobra na jeden mecz, bowiem już w następnym przeciwnik zaprezentowałby jakąś strategię obronno-neutralizującą. Niestety, zaskoczyć można tylko raz. Być może z czasem rozwój owych strategii doprowadziłby do wykształcenia się piłki głowowej, nie wiadomo jednak, czy zostałaby ona włączona do programu igrzysk...
Chyba już nie ma sensu brnąć dalej w gąszcz przepisów. Przerywam lekturę i patrzę przez okno na ogród. A tam nieustanne igrzyska! SZYBCIEJ. WYŻEJ. MOCNIEJ. SZERZEJ. GŁĘBIEJ. GĘŚCIEJ... Ani chwili przerwy. Żadnego wytchnienia. Bo wytchnienie równa się dyskwalifikacji.
Po cóż więc miałbym jechać tak daleko, skoro to samo mam za oknem?
Inne zawody zorganizuję.
Wolniej. Niżej. Słabiej.
Wielkie, wspaniałe zawody w niewspółzawodniczeniu.


Na wypadek gdyby jednak duch współzawodniczenia przeważył nad duchem niewspółzawodniczenia, co jest wielce prawdopodobne, otwieram poniższą listę pomysłów, które znacznie mogłyby uatrakcyjnić owo współzawodniczenie (a może nawet przekształcić je we współzwodniczanie?):
  • zmienne wymiary i proporcje boiska – oczywiście w kilku wariantach i odmianach: drużyny nie wiedzą na jakim boisku przyjdzie im grać; wymiary i proporcje zmieniają się w trakcie gry (to wyjątkowo interesujący wariant, aczkolwiek chyba bardzo trudny do zrealizowania, na pewno wart podjęcia takiego wysiłku, wystarczy tylko spróbować wyobrazić sobie następującą sytuację: oto zawodnik biegnie do bramki, już ma strzelać, a ta zaczyna uciekać, oddala się, oddala, on nie może jej dogonić, choć bardzo się stara....
  • zmienne rozmiary bramek – w aspekcie biernym i aktywnym – jedna drużyna ma mniejszą bramkę, a druga większą, albo jedna ma niższą a druga wyższą ..... albo bramka ciągle zmieniająca swoje rozmiary rozszerzająca się i zwężająca – w przypadku koszykówki mógłby to być kosz podnoszący się i opadający jak również zmieniający swoją średnicę – w przypadku siatkówki siatka nieustannie zmieniałaby swoją wysokość – i tak dalej
  • zmienna pozycja bramki (lub kosza lub siatki), czyli raz bramka jest tu, a po chwili już tam – zwracam uwagę na to, że nie tylko drużyna pragnąca wbić piłkę do tej bramki nie wiedziałaby gdzie bramka będzie się znajdować, nie wiedziałby również bramkarz broniący do niej dostępu
  • zmienne reguły gry – na przykład w piętnastej minucie sędzia zabrania kopać piłki lewą nogą przez trzy i pół minuty – inny bardzo interesujący wariant: każda drużyna gra według własnych reguł, których nie zna przeciwnik; i tu dwa podwarianty: sędzia zna te reguły i sędzie nie zna tych reguł.....
i tak dalej  i tak dalej  i tak dalej  i tak dalej  i tak dalej  i tak dalej

jeśli chodzi o gry zespołowe, bo jeśli chodzi o gry niezespołowe, to należałoby otworzyć inną listę, zawierającą głównie propozycje nowych konkurencji (aczkolwiek nowe gry zespołowe też mogłyby się na niej znaleźć, bo i dlaczegóż by nie?):
  • przede wszystkim rzut oszczepem do celu - przecież to kompletnie idiotyczne, żeby rzucać byle dalej – a tym celem mogliby być zawodnicy akurat biorący udział w biegu na pięć kilometrów
  • oczywiście pchnięcie kulą zostałoby zastąpione rzutem kamieniem – oczywiście dowolnym, takim jaki by zawodnikowi pasował
i tak dalej  i tak dalej  i tak dalej  i tak dalej  i tak dalej  i tak dalej

Nie chce mi się wymyślać. Chce mi się już spać. Może mi się przyśnią jakieś inne ciekawe konkurencje.....
No i oczywiście jedna bardzo ważna zasada: na każdych igrzyskach byłyby nowe konkurencje, takie jakich nie było na poprzednich. Również termin owych igrzysk byłby nieznany – to znaczy byłby on ogłaszany na tyle późno, by wykluczyć możliwość solidnego i specjalistycznego przygotowania się. A nawet gdyby ktoś taki się trafił, to wcale nie znaczyłoby, że miałby on większe szanse. O nie! W trosce o naprawdę równe szanse każdy zawodnik byłby kwalifikowany (a raczej przydzielany) do jakiejś konkurencji w ostatniej chwili. To gwarantowałoby przy okazji niezwykle wysoki poziom wszechstronności i gotowości do podejmowania wszelkich zadań. O tak. Można jeszcze przypomnieć, choć zapewne jest to zrozumiałe samo przez się, że dozwolone byłyby wszelkie formy dopingu. Wtedy nad zawodami unosiłby się zaiste przeogromny duch fair play, albowiem nikt by nikogo nie oszukiwał.


<<<