HYMN

Komponować nowy czy wybrać spośród setek, albo i tysięcy już skomponowanych pieśni?
Bo hymn powinien być pieśnią. Lecz czy musi?
Hmm... Lub raczej: hmn...
Wybrać. Po cóż dodawać jeszcze jeden byt do tylu bytów już istniejących? Chociaż wydaje się, iż bytów nigdy dość, w tym przypadku jednak pójdę okrężną drogą. Przecież łatwiej byłoby skomponować nowy. Nie musiałbym wysłuchiwać tych setek, lub nawet tysięcy już gotowych hymnów, lub raczej kandydatów na hymn. Zresztą i tak słucham. Nie zalepiam uszu pszczelim woskiem, ani nie zatykam zwykłą watą... Więc może jednak łatwiej wybrać...
Na przykład pieśń wilgi. Krótka. Sugestywna. Podobno informująca o nadciągającym deszczu. A deszcz to nie byle co – deszcz to poważna sprawa; dla jednych kataklizm, dla drugich urodzaj, dla wszystkich życie (oprócz tych, co utoną). Pieśń-ostrzeżenie. Pieśń-alarm. O głupotach nie traktuje. No i nie taka trudna do nauczenia. Chociaż nie łatwa do wykonania. Ptaki ćwierkające by jej nie zagwizdały, bo one potrafią tylko ćwierkać, a tę trzeba zagwizdać.
Może więc szum deszczu, skoro deszcz został już przywołany. Bardzo łatwy i jednocześnie bardzo dostojny, nie to co te niepoważne i jakże zawiłe świergoty, kląskania, lub zgoła ochrypłe wrzaski i kłótliwe krakania będące dla wron i gawronów słodkim wyznaniem miłości. Lecz który szum: ten liściasty, kiedy krople tłuką bez opamiętania drzewa, krzewy i przysadziste łopuchy, czy ten blaszany, kiedy krople walą w dach – szum to jeszcze czy może już łoskot?
To wtedy się drzewa oburzą. Czyż one nie szumią równie dostojnie, a może nawet dostojniej? Czyż nie są znacznie bardziej alegoryczno-symboliczne jako istoty łączące ziemię z niebem? O ileż ich szumienie jest bardziej zróżnicowane, o ileż subtelniejsze, jakie zmiany dynamiczne, jakie ciekawe sonorystyczne faktury, te porywy, szeptania, poszarpane frazy, nieustanne zmiany tempa... Lecz kto to potem wyszumi?
Szum komputera byłby znacznie prostszy. Rozsądniejszy. Solidny i zrównoważony. Że jednostajny i nudny? Że zupełnie nie alegoryczno-symboliczny? Lecz jakże pracoholiczny. A dla wprawnego ucha, bardzo wprawnego, niepozbawiony ciekawych fluktuacji.
Ale drukarki już tak nie zaszumią... Drukarki! Otóż to! One dopiero potrafią śpiewać. A już najwspanialej ta stara atramentówka dużego formatu od dawna nie używana. Jak ona pięknie zawodziła przy czyszczeniu głowic. Cóż to były za rytmy, jakieś metrum niepoliczalne... Myszy by go nie wytupały.
A gdyby tak wziąć ten szalony tupot błyskawicznie przemieszczający się pod podłogą od ściany do ściany.... FRRRRRR RRRRRRRR RRRRRRR RRRrrr rrrrrrrrrrrrr rrrrrrrrrr rrrrr rrrrrrrrrrrrruuuuu... To byłaby zwrotka. Zaś refrenem – chrupanie styropianu. Chrup chrup chrup chru chr chr chr up up pp. (Tu koty by zaprotestowały. One tak szybko nogami nie przebierają. A chrupią inaczej i co innego, miaucząc przy tym, nie zawsze i nie wszystkie, prawie ludzkim głosem pieśń żałośnie triumfalną.)
I to jest dobry pomysł: łączyć. Wszystko za wszystkim. Wymieszać. Poplątać. Albo na każdy dzień mieć inny hymn. Na każdą chwilę. Na każdą okazję. Hymny niepowtarzalne. Zaskakujące i nieprzewidywalne.
A jeśli to wszystko jawi się za trudne, zbyt skomplikowane (szczególnie montaż – zmontowanie tych wszystkich dźwięków w jeden utwór byłoby piekielnie trudne), to pozostaje jeszcze milczenie. Cisza.
Prosta. Elegancka. Zawsze na miejscu.
Niekiedy jakże wymowna. Oj, niekiedy wręcz za bardzo.
Nie o taką by tu chodziło. Nie o taką, o której mówią że krzyczy, że ogłusza. Ani nie o taką co dzwoni w uszach. Ani nie o taką, w której nic nie słychać, ani wewnątrz, ani na zewnątrz i której nie słychać – o ciszę absolutną, niemożliwą, nieistniejącą.
O taką zwykłą ciszę by chodziło, najzwyklejszą, pełną ledwie słyszalnych, nieidentyfikowalnych odgłosów, jakiś chrobotów, pomruków, skrzypnięć, odległych terkotów.
I żeby zagrać taki hymn wystarczyłoby tylko przestać grać.


<<<