GRANICE


Moja pierwsza wizyta zagraniczna nie odbyła się z powodu pogody. Rozpadało się, a moja wizyta miała mieć charakter wybitnie roboczy. Nie miałem wygłaszać wielce górnolotnej mowy pełnej niezrozumiałych słów i niejasno zdefiniowanych lub zupełnie nieokreślonych pojęć w rodzaju wolność, człowiek, i tak dalej. Miałem przynieść mleko. Liberlandia nie produkuje mleka, produkuje za to dużo trawy, którą chętnie zjadają cudzoziemskie krowy (to w ramach międzypaństwowej wymiany agrokulturalnej.)
Oczywiście drugim warunkiem i to warunkiem koniecznym do przekroczenia granicy jest jej istnienie. Otóż to. Podobno państwo musi mieć granice. Podobno bez granic państwo ginie, niknie, rozpływa się, rozmywa.
Granice to bardzo ważny problem. Niezwykle istotny. Fundamentalny. Problem wagi państwowej.
Oczywiście najlepszym, jedynym skutecznym i definitywnym rozwiązaniem tego problemu byłoby zniesienie granic. Brak granic = brak problemu granic. Wydaje się to oczywiste. Lecz tylko wydaje. Zawsze wszystko tylko się wydaje.
Właściwie to jestem już bliski takiego definitywnego rozwiązania. Od południa Liberlandia częściowo przechodzi niepostrzeżenie w zagraniczny ogród, a częściowo ma tak zwaną granicę naturalną, czyli rzeczkę. Od zachodu miejscami równie niepostrzeżenie staje się cudzoziemskim sadem, lecz w innym miejscu styk mojego sadu i nie mojego pola jest aż nadto wyraźny ..... A od wschodu niepostrzegalność psuje droga nawet nie polna, ledwie dwie koleiny stopniowo zanikające w trawie - dojazd na łąki, do rzeczki, do pól za rzeczką, do lasu za polami za rzeczką za łąkami. Lecz tak się dzieje nawet nie do połowy, ledwie do jednej trzeciej, jako że dalej sady sczepiają się ze sobą nierozerwalnie, a za nimi łąki. Cóż to jednak za marna niepostrzegalność! Zupełnie marna. Nie trzeba nawet szukać kamieni narożnych wkopanych kilka lat temu - przecież i tak wszyscy wiedzą, która jabłonka jest moja, a która nie, która gałąź, który krzaczek, które źdźbło. Wszyscy obywatele państw ościennych. Zupełnie jakby tam była namalowana biała linia niczym na boisku, albo pozostawiony trwały ślad zapachowy lub też przezroczysta ściana z nietłukącego się szkła łatwoprzenikalnego ...... A od północy? Od północy jest droga, zwykła droga, jeszcze niedawno pełna wybojów, kurząca białym pyłem kiedy było sucho, teraz wyasfaltowana. Płot, który tam stał rozebrałem. Zostawiłem tylko betonowe słupki i poziome żerdzie; lecz żerdzie zmurszały, spróchniały, rozsypały się, więc je zdjąłem. I miałem nawet pomysł na nowe ogrodzenie, lecz potem wyobraziłem sobie zieloną ścianę: gdyby tak tylko uzupełnić przerwy pomiędzy ogromną narożną lipą, przycupniętymi pod jej gałęziami wisienkami, rozłożystą na wpół dziką śliwką mirabelką, młodym śmigłym klonem i krzaczkami róż rozczochranych . . . . . . zielona ściana na której osiadałby biały kurz, a kiedy liście opadną - gąszcz gałęzi, sztywna sieć, w którą nie wpadałaby ławice ptaków . . . . . już rosną pierwsze pędy wikliny i wnet rozpocznie się wielkie wyplatanie – będzie kiedyś żywa ściana, zielona fala . . . .
A jeśli nie da się nie mieć granic, to przynajmniej winny one być otwarte.
Oto granice, które łączą miast dzielić
O tak, zdecydowanie tak. To byłyby piękne granice.
Oksymoroniczne.
Antylogiczne.
Niedorzeczne i paradoksalne.
Lecz przede wszystkim zupełnie idiotyczne.
Oburzająco obłudne czyli normalne.
Granica niczym błona komórkowa, niczym skóra na moim ciele, niczym skorupa szczeżui. Przegroda przepuszczająco-niedopuszczająca... A gdyby już nam się udało odrzucić śmieszność i niedorzeczność powyższych stwierdzeń, to należałoby zapytać: co z czym miałaby ta granica łączyć i dla kogo miałaby być otwarta? Po czym należałoby na te pytania odpowiedzieć, a odpowiedzi wydrukować i upublicznić. We wszystkich szanujących się państwach tak się nie robi. Dlatego też te państwa są tak szanowane. Moje państwo nie szanuje się zupełnie, dlatego może sobie pozwolić na ogłoszenie drukiem i upowszechnienie tego, co w szanujących się państwach może być przedmiotem jedynie tajnej instrukcji ustnej, istnienia której należy zaprzeczać jako pozostającej w sprzeczności z powszechnie nieobowiązującymi normami. Wiadomo bowiem, że normy niespisane są zdecydowanie ważniejsze od tych spisanych. I niech nie zwiedzie nas najgorliwsze nawet oburzanie się i zaprzeczanie...
Zatem, moje otwarte granice pozostają zamknięte dla:
tych przebrzydłych, zupełnie nikomu niepotrzebnych i nie wiadomo po co się rodzących much, a w szczególności tych dużych, bardzo włochatych, jak również tych w kolorowych pancerzach o metalicznym połysku
oczywiście dla komarów
również dla czerwcowych przymrozków i majowych też
a przede wszystkim dla zimy (jak widać zima zrozumiała)
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Tak, lista powyższa jest bardzo krótka. Będzie uzupełniana. W stosownym czasie i stosownych komunikatach. Wszak Liberlandia jest bardzo młodym państwem. (Choć wydaje się stara jak świat - jak zwykle wszystko tylko się wydaje.) Granice nadal pozostają otwarte.
Teraz druga odpowiedź.
Co z czym ta granica łączy? Wnętrze z zewnętrzem. To co w obrębie tych granic z tym co poza nimi.
Ach!
(Kiedyś widziałem cykl pięknych zdjęć. Dokumentowały one budowę malutkiego domku w ogromnym pejzażu. W bezdrzewnej islandzkiej przestrzeni. Domek budowany był, jak przeczytałem w objaśnieniu, w sposób tradycyjnie islandzki. Najpierw prosty szkielet, a potem ściany. Lecz tu odstępstwo! Domek został otapetowany od zewnątrz. Na zewnątrz też zostały powieszone w oknach firanki i ustawione na parapetach doniczki z kwiatami. A wnętrze wybito falistą blachą. Tak oto dokonało się przenicowanie domu, a z nim przenicowanie świata. I teraz ów Islandczyk wchodzi do zewnątrz, a wychodzi na wewnątrz. W środku domu, czyli w domu ma cały świat, a na zewnątrz ledwie komórkę, małą i ciasnawą ..... I teraz rozmyślam, jakby tu przenicować Liberlandię.)
I jeszcze ta granica łączyłaby to co moje z tym co nie moje.
Och!
To ci dopiero karkołomna granica. To wręcz granica karkołomności: łączyć moje z nie moim! Piramidalnie fantastyczne!
Lecz co to znaczy: moje?


Lecz mogłaby to być zupełnie inna wizyta.
Siadam przy białym blacie. Przed oknem. Jest cicho i nieruchomo. Dom śpi. Słońce jest schowane za ścianą wielkich lip. Ściana liści jest jeszcze na tyle szczelna, że blask nie zalewa szyby. Przeczytam jednak kilka stron lub kilka kartek i blask wydobędzie się zza owej zielonej ściany-granicy i biały blat stanie się jeszcze bielszy, zacznie palić i płonąć. Biały papier będzie lśnić tak mocno, że czytanie stanie się prawie niemożliwe. Ale to nie będzie trwało długo. Potem pojawi się cień domu ..... Ja już wtedy będę gdzie indziej. Przy blacie niebieskim. Będę odbywał inną podróż.
Siadam zatem przy białym blacie i biorę książkę. Tę w sztywnej, czarnej okładce. Ze złotymi literami. Te litery są inne niż te pojawiające się teraz na ekranie. Wszakże litery górnego napisu nie są mi całkiem obce, choć niektóre mają zupełnie inne kształty. Znam je jednak na tyle, że potrafię ułożyć z nich słowa i je odczytać i zamienić na słowa w innym języku: MAHABHARATA Księga Leśna (Aranyakaparwa). Dolnego napisu nie mogę odczytać. Litery są dla mnie tylko dekoracyjnymi zawijasami, tajemniczą ścieżką. Mogę się tylko domyślać, że tworzone przez nie słowa znaczą to samo, co napis u góry. Mogę się też cieszyć, że kilkaset kartek zawartych pomiędzy okładkami nie jest zapełnionych takimi właśnie literami, bo wtedy moja podróż byłaby błądzeniem po omacku ..... a może byłaby próbą przejścia przez gęsty las nocą ciemną, bezgwiezdną i bezksiężycową ......
Otwieram okładkę. Przekraczam granicę. Zaczynam wizytę zagraniczną. Roboczą. Czego szukam? Co będę załatwiał? Jakiej wymiany dokonywał? Czy będę chciał stamtąd coś sprowadzić? Jakieś słowa, których tu nie ma? ....... Czy są jakieś słowa, których tu nie ma? Och tak. Z pewnością nie ma tu bardzo wielu słów. A czy potrzebne są nowe, coraz to inne? Przecież z tych, które tu mam mogę układać najprzeróżniejsze książki. Przecież nic innego nie robię tylko rozsypuję słowa i układam z nich coraz to inne opowieści. Rozsypuję opowieści i układam z nich coraz to inne książki. Rozsypuję książki i układam z nich coraz to inne biblioteki ......
To ciekawe: jakie są granice książki? czym są? czy są? Bo przecież nie okładka jest granicą książki. Och nie. Z całą pewnością nie.


<<<