BEŁKOT


Jasność. Klarowność. Zwięzłość. Czystość. Prostota. Zrozumiałość... I tak dalej. Wszystkie inne tego typu określenia. Szkoda wyliczać. Do tego powinienem dążyć. Na tym powinienem się opierać. To powinno być podstawą. Fundamentem. Co ja piszę – nie tylko fundamentem, także ścianami i dachem – wszystkim. Wszystko takie powinno być.
A tu bełkot. Ciągle bełkot. Znowu bełkot. Jakieś krążenie. Zawijasy. Zakrętasy. Plątanina. Brak ostrości. Niedostateczny kontrast. Zamazywanie. Rozmazywanie. Mglistość. Półmrok. Ćwierćmrok. Wszystkie odmiany pomroczności. Błądzenie. Majaczenia... I tak dalej. Szkoda wyliczać. Jednym słowem bełkot.
No właśnie. Weźmy na przykład taki bełkot. Bo dlaczego bełkot a nie bełpies? To by sugerowało, że koty są jakieś pokręcone, może wręcz wredne i głupie, że nie potrafią wyrażać się w przystępny sposób, że niczego nie potrafią zakomunikować prosto i zwięźle. A jeśli by potrafiły wypowiadać się zwięźle, to byłoby dobrze czy źle? Podobno byłoby dobrze, albowiem zwięzłość uważana jest za coś pozytywnego. Dlaczego zatem jest w niej zło skoro jest dobra?
I tym sobie zaprzątam głowę. Takimi to bzdurami zaśmiecam sobie rozum. Paraliżuję zdolności praktycznego działania. Może to i dobrze. Może one powinny być sparaliżowane. Może tak byłoby lepiej. Dla mnie. Dla nas. Dla świata.
Ogólnie rzecz biorąc za mało refleksji. Za mało zastanawiania się. Przede wszystkim niedostateczna wiedza. O istocie zjawisk. O mechanizmach. Wiedzę zastępuje się wyobrażeniami.
Więc najpierw należałoby tę wiedzę zdobyć. Najpierw dogłębnie poznać zasady działania czegoś, mechanizm jakiegoś zjawiska, a potem próbować tym czymś kierować. Tak byłoby najlepiej. Tak byłoby rozsądnie. Ale rozsądek raczej nie jest mile widziany – szaleństwo i obłęd są widziane znacznie milej. Bo łatwiejsze. Łatwiej jest szaleć i błądzić swobodnie, niż mozolnie rozsądzać zgrzytając i skrzypiąc zardzewiałym umysłem.
Na przykład gospodarka. Ekonomia. Inflacje, dewaluacje, parytety, indeksy giełdowe, stopy procentowe, wtórny rynek nieruchomości... I tak dalej. Szkoda czasu na wyliczanie. Cały ogromny gmach. Niebotyczna wręcz budowla. Gigantyczny pałac. A nie wiadomo co to jest własność. Zaskakujące – ciągle nie wiadomo co to znaczy, że coś jest moje. Idę drogą, podnoszę kamień i mówię: mój. I teraz ten kamień jest moją własnością. Niepojęte. Fenomenalne. Fantastyczne. Co się stało? Jakim prawem? Na mocy jakich tajemnych rozporządzeń będę mógł teraz zrobić z tym kamieniem co zechcę, a jeśli ktoś spróbuje mi go odebrać, to będę mógł wypowiedzieć wojnę i zdemolować kraj mojego sąsiada? Nie wiadomo też co to wartość. Też niepojęte, fenomenalne i fantastyczne: wykonuje się tak skomplikowane operacje na wartościach, szafuje się nimi na prawo i lewo, a nie za bardzo wiadomo co to takiego. Znowu wiedzę zastępujemy mglistymi wyobrażeniami. Dlatego jeszcze bardziej nie wiadomo dlaczego to jest więcej warte do tamtego. Niemniej jednak brak takiej wiedzy zupełnie nam nie przeszkadza w ulubionej zabawie w ustalanie wartości. I tak oto błyszczący kamyk lub złota blaszka, może i ładne ale same w sobie zupełnie niepotrzebne mniej przydatne niż prosta motyka, okazują się mieć wartość setek książek albo kilkunastu rowerów albo jakiegoś urządzenia ratującego ludzkie życie. Podobno dlatego, że trudno je znaleźć, są przecież rzadkością. Ale napisanie książki wymaga wielokrotnie więcej wysiłku i znacznie wyższych kwalifikacji niż znalezienie bryłki złota. Dlatego w Liberlandii to książki będą wielokrotnie cenniejsze niż złote blaszki i inne świecidełka. Co nie znaczy, że będą piekielnie drogie – po prostu złoto i inne świecidełka będą niebiańsko tanie, może nawet bezwartościowe... O tak. Zapewne wiele wartości ulegnie przewartościowaniu i stanie się kompletnie bezwartościowymi śmieciami. Można się nawet spodziewać, że Liberlandia ulegnie kompletnemu zaśmieceniu. Wręcz będzie jednym wielkim wysypiskiem śmieci. Ba! Duchową kloaką!
A jednak wbrew powszechnie panującej opinii takie filozofowanie nie jest ani stratą czasu, ani bujaniem w obłokach. Ma ono bardzo konkretny wymiar i łatwo przekłada się na praktykę życia codziennego.
Otóż to. Praktyka życia codziennego.
Jakże byłoby wspaniale, gdybyśmy najpierw mogli poznać wszystkie mechanizmy życia, a dopiero potem żyć. Kiedy jednak mielibyśmy je poznać i kto miałby nas ich uczyć? Wszak chociaż wszyscy jakoś żyją, to nikt nie wie co to jest życie, a nawet gdyby ktoś taki był, albo nawet było takich istot wiele, to jak miałyby tę swoją wiedzę przekazać komuś kogo jeszcze nie ma, kto dopiero się pojawi?... Musimy więc poznawać życie żyjąc: w biegu, w locie, w marszu, w pełzaniu. A te wszystkie doświadczenia poprzednich pokoleń tak skrzętnie zbierane i równie niefrasobliwie trwonione? (Lecz co my sobie przede wszystkim przekazujemy? Ano wyobrażenia, domysły, fantazje, mrzonki, absurdy - piszę oczywiście o praktyce życia codziennego.) To tak jakbyśmy chcieli nauczyć się pisać tylko czytając. I przeczytalibyśmy wszystkie książki, także i te o tym jak napisać książkę. Dopiero wtedy siedlibyśmy nad kartką papieru lub przed monitorem dogłębnie przekonani, że oto teraz napiszemy świetną książkę szybko i bez trudu, wiemy bowiem o pisaniu wszystko. I nie jest wykluczone, że tak by się stało. Znacznie bardziej jednak prawdopodobne jest to, że już pierwsze zdanie przyniosłoby nam ogromne rozczarowanie co do stanu naszej wiedzy o pisaniu książek. Całkowicie pewne natomiast jest to, że nie zdążylibyśmy napisać tego pierwszego zdania, nawet byśmy go nie zaczęli, bo całe życie wypełniłoby nam czytanie.
Znowu wpadam w tryby błędnych kół. Bo błędne koła z całą pewnością są zębate. I jest ich wiele. Kręcą się i kręcą. Zgrzytają i skrzypią. Bełkoczą.
I co tu teraz robić?
Kupić kilka ton żwiru i zrobić wreszcie dojazd do garażu. To w ramach ogólnopaństwowej akcji wyrównywania nierówności.

Ale upał!


<<<